TU KONSERWATZYM PRZESTAJE BYĆ UWSTECZNIAJĄCY…

Dlaczego nie anarchia

Jedną z niewielu nisz światopoglądowych, które równie mocno, co Konserwatywny Kosmopolityzm krytykują obecne państwa i ich relacje, jest anarchizm, a ze względu na kwestie wolnego rynku, najbliżej do siebie ma anarcho-kapitalizm. Najprościej ujmując, jest to chęć stworzenia wolnorynkowej anarchii kapitalistycznej opartej na aksjomacie nieagresji. Oba te poglądy łączą idee obiektywizacji zasad, wolnorynkowej gospodarki oraz wolności od podziałów politycznych. W niniejszym tekście znajdzie się jednak wykaz tego, co odróżnia te dwa stanowiska ideowe i dlaczego Konserwatywny Kosmopolityzm jest lepszy.

Zacznijmy od tego, po co tak naprawdę jest władza. Władza jest naturalną instytucją wynikającą z relacji międzyludzkich i z proporcji w społeczeństwie. Wynika z natury rzeczy, czyli z jednej strony z tego, że jedne jednostki są silniejsze, mądrzejsze, mają więcej talentów, lub z jakiejkolwiek innej przewagi, a często z przewagi w kilku płaszczyznach. Z drugiej strony większość ludzi ma na tyle świadomości, że chce finansować monopol na siłę, aby zmusić najbogatszych do respektowania równouprawnienia i nie aby nie mogli wykorzystywać przewagi materialnej wbrew ich godności. Władza generalnie dzieli się na publiczną i prywatną, czyli na wynikającą z przymusowych składek oraz na posiadanie działalności gospodarczej, jednak z uwagi na skomplikowanie ludzkich relacji, może mieć różny wymiar. Jest takie powiedzenie, że mądrzejszy zawsze będzie kierował głupszym, nawet jeśli ma niższe stanowisko, mniej pieniędzy i znajomości. Nie zawsze się to sprawdza, jednak wielokrotnie w historii to nie ci, którzy piastowali oficjalne urzędy, w istocie rządzili podległym im obszarom. Sprawowanie władzy w różnych okresach historii miało swoje specyficzne cechy, jednak zawsze towarzyszyło mu wiele paradoksów. Nawet w najzwyklejszym gospodarowaniu firmą jest paradoks, który można by nazwać „paradoksem jakości pracownika”. Każdy chciałby, żeby pracownik był tak dobry, jak on, bo wtedy działalność najklarowniej funkcjonuje, generuje maksymalne zyski, itd. Jednak, jeśli pracownik jest tak dobry, jak swój zarządca, to zazwyczaj podejmuje się działalności na własną rękę. Zarządca powinien zatem tak kierować zasobami, aby być niezastąpionym. Niestety we władzy publicznej podobnych paradoksów jest znacznie więcej i mają znacznie większy wpływ na nasze życie.

Najczęstszy paradoks występujący w socjaldemokracji polega na tym, że im więcej prawdy mówiłby „chętny” do zostania zarządcą na wyborach, tym mniejsze byłoby jego poparcie. Bierze się to z tego, że największe mądrości nigdy nie będą popularne, no a wydawałoby się, że zarządca powinien być najmądrzejszy. Znanym przykładem na to, że mówienie zbyt wielkiej ilości prawdy prowadzi do kłopotów, jest Jezus Chrystus, aczkolwiek przypadków jest więcej. Na przykład znany filozof Sokrates również został skazany na karę śmierci z tego powodu. Mniej znanych przypadków jest jeszcze więcej. Chcąc być zarządcą w warunkach demokratycznych współczesnego świata, należy się bardzo natrudzić i używać wielu technik. Niestety, każdy człowiek ma do dyspozycji tylko 24 godziny na dobę, więc skoro do władzy trzeba dojść kombinując, najczęściej dojdą do niej cwaniaki i kombinatorzy, bo uczciwi nie nadążą odkręcać populizmu. Jeśli chce się wygrać wybory, to w publicznych dyskusjach nie można używać argumentów, których statystyczny człowiek nie zrozumie, bo to dyskwalifikuje zasadność użycia takiego argumentu. Nie można swobodnie używać argumentów odwołujących się do relatywnej głupoty większości ludzi – chociaż w normalnych analizach, to one są kluczowe przy ustalaniu norm. Fakty są takie, że głupi człowiek nigdy nie powie, że jest głupi; przeciętny, że przeciętny, itd. Każdy słuchacz sądzi, że jest na swój sposób wyjątkowy i mądry, co z resztą w pewnym sensie jest prawdą. Warto też pamiętać, że ludzie posługują się ogólnikami. W dyskusji ideologicznej jasne jest, że z faktu, iż na przykład: „Ala ma kota”, nie wynika fakt: „Ala nie ma psa”, ale dla większości ludzi, intuicyjnie będzie tak wynikać. Błędne w istocie argumenty, takie jak: „to jest dobre, bo większość ludzi tak uważa”, w oczach wyborców są kluczowe. Można by tak wymieniać i wymieniać te zależności, ale istotne jest to, że drogą demokracji rzadko dojdzie do władzy mędrzec, bo mądrość jest trudna, a ludzie w większości chcą jedynie dostać więcej za mniej, czyli idą na łatwiznę w myśleniu.

O wiele mniej tego typu paradoksów występuje przy scentralizowanej władzy, np monarchii dziedzicznej. Władca nie musi wydziwiać, robić socjalizmu, ani „podlizywać” się nikomu. Wie, co ma robić i to realizuje – niestety, nie zawsze. Posiadanie tak ogromnej władzy kusi bardzo wiele osób, stąd częste morderstwa i patologie rodzinne w dawnych rodach królewskich, a co gorsza nadużycia wobec społeczeństwa. Poza tym, o ile pozostawanie poniekąd „na łasce” statystycznego człowieka jest średnio dobre, o tyle pozostawanie „na łasce” kompletnego idioty jest jeszcze gorsze. Nawet w Kościele Katolickim, gdzie w naturalny sposób odsetek ludzi patologicznych jest najniższy, zdarzały się nadużycia, kiedy to Kościół miał największą władzę, czyli w średniowieczu. Dochodziło niekiedy nawet do przekupstw przy wyborze papieża. Dzisiaj może trudno nam w to uwierzyć, ale parokrotnie papieżami zostawali zwykli książęta z Włoch, którzy traktowali swoją funkcję jako dobry sposób na zwiększenie wpływów, z ideową działalnością Kościoła nie mając nic wspólnego. O wiele gorzej wyglądała sytuacja w zwykłych świeckich krajach. Owszem, niejednokrotnie mieliśmy do czynienia z dobrym władcą, który to dynamicznie rozprawił się z problemami, korzystając ze swojej uprzywilejowanej pozycji, jednak nigdy nie był to stan szczególnie długotrwały. Monarchiści zawsze podkreślają, że dawni władcy nigdy nie popełnili takich mordów jak demokratyczny Hitler, czy odwołujący się do ludu Stalin i jest to prawda, ale z drugiej strony, pierwsza wojna światowa w swoich czasach też była największą, jeśli chodzi o liczbę ofiar, a była toczona jeszcze głównie w mentalności królów i carów. Liczba ofiar jest w dużej mierze związana z rozwojem techniki, pozwalającej na coraz bardziej masowe działania. Scentralizowana władza z pewnością ma duży potencjał, znacznie przewyższający demokrację, ale zdaje się pozostawiać większe ryzyko.

Co do anarchizmu, to trudno nazwać go systemem sprawowania władzy. Jest to raczej „zastępczy sposób” na sprawowanie władzy, a właściwie jej brak. Nigdy w historii nie była to technika docelowa. Raczej stan chwili, który wyniknął nieplanowanie i szybko się zmienił. Nie do końca wiadomo, na czym opierają swoje racje anarchiści, bo w każdych warunkach anarchii momentalnie znajdzie się mnóstwo podmiotów, które zechcą przejąć władzę i to zrobią ze względu na nierówności pomiędzy ludźmi – zwłaszcza nierówności majątkowe. Łatwo to wykazać choćby na podstawie listy 400 najbogatszych ludzi w USA. Wygląda to następująco:

20,199 bilona – majątek całego USA,

1,15 – biliona to wydatki państwowe USA na rok 2018

2,7 bilona – majątek 400 najbogatszych ludzi w USA

325 719 178 – ludność USA

3 257 191 – 1% ludności USA

Nie ma dłuższej listy, niż 400 najbogatszych w USA (Forbes), ale już te 400 ma 1/8 majątku ogólnego (więc też swojego). Odejmując od całego majątku, majątek najbogatszych 400, otrzymujemy 17,5 biliona, czyli mają 1/7. Myślę, że nie ma ryzyka w stwierdzeniu, że 5000 najbogatszych ma więcej majątku, niż reszta społeczeństwa, a co dopiero mówić o 1%, czyli o ponad 3 milionach. Pamiętajmy, że dane dotyczą USA, czyli generalnie bogatego społeczeństwa. W biednych krajach te dysproporcje są znacznie, znacznie większe. O ile mamy prawo stanowione i Ci ludzie nie przekładają majątku na przewagę militarną, to nie ma nic złego w ich przewadze, ale chyba nikt rozsądny nie chciałby zostać ich realnymi niewolnikami i marionetkami. Systemy, które poprawnie funkcjonują, opierają się na takim rozłożeniu sił, że panuje harmonia. System, w którym garstka ludzi może zrobić z całą resztą, co tylko chce, nie będzie funkcjonował. Właśnie dlatego uznaje się anarchię w kontekście „planowanego systemu sprawowania władzy” jako całkowity nonsens i utopię. Każde społeczeństwo, gdzie władza jest choćby nawet słaba, bez względu na prawo i stopień rozwoju, zawsze w taki czy inny sposób jest zarządzane. We wczesnym średniowieczu anarchia powyżej poziomu plemion generowała walki o teren. W XIX i XX wieku brak wystarczającego bezpieczeństwa publicznego wykorzysywały tak zwane mafie, czyli organizacje militarne ściągające nielegalne podatki (zwane haraczami), mające na celu zwiększenie wpływów regionalnego bogacza i jego konkurowanie o władzę publiczną na danym terenie z innymi tego typu osobnikami. Haracz od podatku różni jedynie proza przymusu, czasem jej skala, oraz uprzednia świadomość ewentualnych konsekwencji. Jak ktoś pomimo świadomości przymusu, nie chce płacić podatku, to władza kwiecistym językiem oznajmi, że za karę podatek się zwiększy (zostanie doliczona kara), a jak i tak nie zapłaci, to zostanie kulturalnie uwięziony, zaś mafia zazwyczaj wyraża się mniej kwieciście i nie tyle grozi zamknięciem, co odebraniem majątku w naturze lub ewentualnie przeprowadzeniem ataku zbrojnego. Praktycznie na jedno wychodzi, ale jednak formalnie oznajmiony podatek jest o wiele bardziej cywilizowany.

Oceniając wspomniane trzy techniki zarządzania społeczeństwem „na sucho” i zgodnie z teorią, można zauważyć ich zmienną skuteczność w zależności od założeń. Zakładając pozytywne intencje i kompetencje sprawującego władzę, zdecydowanie najlepsza jest scentralizowana władza, zdecydowanie na drugim miejscu jest demokracja, a zdecydowanie najsłabsza jest anarchia. Powód jest prosty: dobry zarządca pozbawiony ograniczeń da bardzo dobre prawo i bezpieczeństwo. W demokracji jest dużo mniejsza niezależność, zatem rozmach władzy niewielki. Konkurencja do rządzenia większa niż przy władzy absolutnej, a do tego na swojej drodze do zwycięstwa w wyborach będzie ogłupiać lud, więc negatywnych skutków w demokracji jest więcej. Anarchia jest w zasadzie bezskuteczna, bo każdy jest władcą swojego podwórka. Z resztą słowo „anarchia” jest chyba na tyle wymowne w naszej kulturze, że nic o jej skuteczności nie trzeba pisać. Robiąc założenie odwrotne, czyli badając możność do czynienia zła, również skuteczność danych systemów jest podobna. Najwięcej złego zrobi zły władca scentralizowany, średnio zły władca demokratyczny, a najmniej władca własnego podwórka. Mimo to, taka sucha analiza niewiele pomoże przy realnej i skomplikowanej sytuacji, która jest mało przewidywalna oraz dynamiczna. Poza tym demokracja i  anarchia, w praktyce nie działają tak, jak sugerowałaby nazwa – w przypadku anarchii efekt byłby wręcz odwrotny. Jej wprowadzenie byłoby tożsame z despotyczną władzą najbogatszych ludzi.

Znając historię oraz specyfikę ludzkości stwierdzić należy, że nie ma czegoś takiego jak najlepszy system sprawowania władzy w praktyce. System, który panuje w danej sytuacji i czasie, jest raczej wypadkową okoliczności, które się na niego składają, a nad nimi nie mamy prawie zawsze kontroli. Kiedy władza będzie pełna i w jednych „rękach”, to będzie trwała tak długo, jak będzie dobra i silna. Przeciwników i wszelkich bezmyślnych maruderów zazwyczaj jest sporo, gdyż pewna grupa ludzi nie zna się na tyle na sprawowaniu władzy, aby docenić pewne rzeczy. Będą narzekać na wszystko, jeśli tylko nie będą się zwyczajnie bać. Kiedy władca będzie zbyt kiepski lub zbyt słaby, nastanie albo anarchia, albo demokracja. Jeśli padnie na anarchię, to albo szybko przerodzi się w demokrację, albo z powrotem we władzę scentralizowaną – zależy, czy sprawcą buntu będzie lud, czy też kilku wpływowych chętnych do przejęcia władzy. Demokracja natomiast, tak długo działa, dokąd nie zaczyna przypominać anarchii, czyli kiedy władze nie są w stanie zapanować nad mafią siłami rządowymi. Wtedy władzę przejmuje jednostka, która czuje się na siłach, aby to uczynić. Rozpatrując problem „na punkty”, najlepsza jest scentralizowana, silna władza, bo w każdej kategorii oceny ma ich najwięcej, a jedynie w przewidywalności najmniej. Jaki wyciągnąć z tego wniosek? Bardzo prosty. Mając możliwość stworzenia indywidualnego zarządzania jakimikolwiek dobrami, widząc swoje możliwości oraz możność, nie należy się wzbraniać. Dlaczego? Bo podmioty o złych zamiarach, a podobnych możliwościach, na pewno nie będą – stąd cnotą jest odwaga.

Anarcho-kapitaliści twierdzą, że jednym z podstawowych argumentów za anarchizmem jest to, iż tylko w ten sposób można uniemożliwić rozrastanie się w władzy do skrajnych form. Nie ma jednak argumentu, dlaczego rzekomo brak władzy miałby jakkolwiek zablokować jej pojawienie się – działo się tak wielokrotnie w historii. Niestety rzeczywiście niewiele było przykładów na władzę, która spełnia swoje optimum, ale i tak jest tego znacznie więcej, niż praktycznie nie występującej anarchii, która to zawsze momentalnie upadała, bo ktoś przejmował władzę. Granica występuje tylko w zapisie, a nie w realnej rzeczywistości. Nic nie chroni anarcho-kapitalizmu przed powstaniem władzy. Nie istnieje tajemniczy miecz świetlny uniemożliwiający sięganie po władze, gdy w ogóle jej nie ma. Co więcej, całkowite zlikwidowanie wszelkiego przymusu nie doprowadzi do maksymalizacji korzyści. Tak jak od zasady „nie zabijaj” są wyjątki – np. samoobrona, to od zasady „nie kradnij” też są wyjątki. Wyjątki są wtedy, gdy zniesienie jednej zasady moralnej uchroni przed większą patologią, niż ona sama. Rzeczywistość nie zmieni się od formalnego przedefiniowania jej. Pod innymi definicjami będzie wciąż ukrywać się to samo. W XIX wieku ludzie chcieli „władzy ludu”. Konserwatywna władza długo z tym walczyła, ale przyszli lepsi cwaniacy, którzy powiedzieli – proszę bardzo. Efekt? Kto rządzi – ludzie? Nie! Ci, którzy umieją sprawić, żeby lud chciał dokładnie to, co jest w ich interesie. Z władzy, która jawnie zarządza (gorzej lub lepiej) przyszła władza, która oficjalnie umywa ręce, bo tylko „spełnia żądania” ludu, więc może robić takie same błędy jak zawsze, ale nie bierze za to odpowiedzialności i trudno jej udowodnić winę. Analogicznie, jedyna „anarchia”, która mogłaby funkcjonować, byłaby taką anarchią tylko z nazwy. Władzę pełniliby najbogatsi, w najlepszym przypadku zmuszając ludzi do służenia im posługując się różnorakimi trikami marketingowo-pijarowskimi, wynikającymi ze słabości ludzkiej psychiki, a wszelkie nadużycia byłyby tuszowane. Jednym z najprostszych sposobów na „pokojowe” urobienie sobie ludzi jest uzależnienie ich od patologii. Ludzie całymi dniami pracowaliby na lichwiarskie kredyty, narkotyki, prostytucje, itp., a w nocy to konsumowali. I nie – wcale nie „nieliczni”. Niechęć do patologii byłaby piętnowana, tak jak dziś piętnowane jest to, co nie jest w interesie rządzących.

Jeżeli zależy nam na wolności, trzeba wykoncypować system, który nie tylko fajnie wygląda z definicji, ale jest przede wszystkim realny, zaś realny jest wtedy, kiedy rozłożenie interesów prowadzi do stabilności. Rozłożenie talentów i pracowitości jest takie, że około 1% ludzi ma około 90% majątku. W jakiejkolwiek koncepcji, gdzie te 99% ludzi otrzymuje prawny monopol na służby porządku, mamy przynajmniej szansę, że rozłożenie interesów może prowadzić do stabilności. A anarcho-kapitalizmie nie ma żadnych hamulców, żeby najbogatsi podzielili się władzą między sobą – bez względu na to, czy zrobią to utrzymując pozory anarcho-kapitalizmu, czy też wynajmując żołnierzy i zbrojnie je likwidując. W jednej i drugiej opcji anarcho-kapitalizm to skrajna forma despotyzmu. Oczywiście, każda władza jest bogata i zawsze tak będzie, lecz w razie patologii sam fakt jawności utrzymywania się jej z podatków niejako uprawnia do puczu – rozwiązania władzy za pomocą siły i zastąpienia konkurencją. Poza tym żołnierze wiedzą, do czego służy armia, kto ją finansuje i czyich interesów mają bronić. Im bardziej udajemy, że władza nie jest odpowiedzialna za swoje działania, tym gorzej. Połowicznie takim patologicznym stanem jest demokracja, zaś szczytem takiej niekorzystnej interakcji jest sytuacja, kiedy władza w ogóle formalnie nie jest władzą. Dlatego trzeba szukać rozwiązań, które utrzymują przymus płacenia podatków na cele, których nie da się załatwić w inny sposób, bo bez tej niedogodności musielibyśmy zmagać się z jeszcze większymi patologiami, ale starać się ograniczyć ściąganie podatków na zbędne cele, zarządzając rozłożeniem interesów w taki sposób, aby było to nieopłacalne. Filarami władzy są prawodawstwo i bezpieczeństwo, a do tych dwóch potrzebna jest administracja. Pod administrację podpiąć można też pewne działania, które nie powodują kosztów ani zmniejszenia wolności, a nawet ją zwiększają, takie jak np., starania o dodatkowy, ogólnoświatowy wspólny język urzędowy i inne tego typu globalne ustalenia. Kluczem do tego, aby typowe wady władzy publicznej, czyli: zarządzanie naszymi pieniędzmi, inżynieria społeczna (np. narzucanie tożsamości; poglądów), czy imperializm (prowadzący do wojen; ludobójstwa) zniknęły, jest promowanie idei kosmopolityzmu, konkretnie „Konserwatywnego Kosmopolityzmu”.

Kwestia istnienia instytucji władzy publicznej to nie jedyna różnica pomiędzy Konserwatywnym Kosmopolityzmem, a anarcho-kapitalizmem. Różni je też koncepcja etyki. Tolerancja patologii w anarcho-kapitalizmie kończy się dopiero w momencie naruszenia nietykalności. Wszystko inne, łącznie z kopulacją na środku ulicy byłoby dozwolone – abstrahując od wątpliwości na temat samego utrzymania się anarchii w takiej wersji, jak wyobrażają sobie jej zwolennicy.  Tolerancja jako taka, jak każda wartość z grona tych nie najwyższych, ma swoje optimum. Często słyszy się, zwłaszcza w lewicowych mediach, że gdzieś tam jest „nietolerancja” wobec tzw. „mniejszości narodowych”, wobec osób innego koloru skóry, niepełnosprawnych, upośledzonych, oraz odmiennej „orientacji”, jak to się teraz nazywa. Czy takie zestawienie jednym tchem różnych nietolerancji ma sens? Otóż logika mówi, że tolerować należy to, co jest dobre oraz neutralne moralnie. Nie należy tolerować zła i głupoty. W związku z tym, irytujące jest, kiedy za złe uznaje się zarówno tą logiczną i podbudowaną powodami moralnymi nietolerancję świadomego stosunku do pewnych cech, jak i tą głupią, nacjonalistyczną, rasistowską, czy zwyczajnie prostacką, bo wynikającą z krytyki niezawinionych cech czy stanów pewnych ludzi. Należy tolerować ludzi chorych, niedorozwiniętych, pochodzących z jakiegokolwiek innego miejsca i kultury. Nie powinno się tolerować zaś tego, że pewna grupa osób chorych, np. pederaści, usiłują ze swojego uszczerbku zrobić świętość i narzucać pozostałej części społeczeństwa swoje gorszące innych praktyki. Społeczeństwo byłoby całkowicie dysfunkcyjne, gdyby każdy rozwijał swoje wady oraz nakazywał innym tolerować je, zamiast pracować nad nimi i ograniczać. Czy mamy tolerować choleryka, który ma pokusę do tego, żeby krzyczeć na wszystkich dokoła z byle powodu? Nie – granicą tolerancji jest niemoralność zachowania.

Anarcho-kapitalizm dobrze promowałby tolerancję w kwestiach podziałów i etniczności, bo z definicji nie ma w nim państw, ale niestety z tego samego powodu byłby tolerancyjny wobec wszelkich patologii, poza kradzieżą, pobiciem i morderstwem. Ktoś może powiedzieć, że w anarchii nie byłoby miejsc publicznych, więc każdy czyniłby patologie tylko we własnym zakresie lub za zgodą kogoś innego, ale to tylko pozory. Prawo decyduje o relacjach ludzi w sytuacjach braku aprobaty, czyli co, kto może robić, wobec innych, którzy potencjalnie się na to nie godzą. Nie ma tu znaczenia własność danego miejsca, ale aprobata woli, zaś samo przebywanie na czyimś terenie za jego zgodą nie oznacza, że nie może on nagle chcieć dokonać jakiejś patologii, lub w taki sposób wykorzystać swój teren prywatny, że patologię będzie widać lub słychać również w innych miejscach. Sfera publiczna nie ogranicza się do miejsc publicznych, ale do wszystkich działań, które odbywają się bez zgody tych, na których one oddziałują. Każdego dnia mamy do czynienia zarówno z wieloma ideami, stanami, problemami i działaniami, jakie należy tolerować, a nawet chwalić, jak również z wieloma, których nie należy tolerować. Nietolerowanie kogoś lub czegoś dla własnego hedonizmu, manii wyższości, czy innych „widzi mi się”, jest złe, zaś nietolerowanie zła i głupoty, jest jak najbardziej naszym moralnym obowiązkiem. Dlatego właśnie jedną z głównych wad anarchii jest fakt laickości moralnej. Niestety, ale jednym z głównych gwarantów wolności w społeczeństwie jest nałożenie dobrej „szaty moralnej” prawu. Utopią jest wizja wolnego społeczeństwa, w którym w dowolnym miejscu dozwolone jest promowanie pornografii, eutanazji czy uskutecznianie prostytucji, jeśli tylko nie godzi to we własność prywatną i nietykalność cielesną, gdyż doprowadzi to do zniewolenia społeczeństwa przez patologię. Dlaczego matka idąca z dzieckiem ma być pozbawiona wolności od tych patologii, bo inni uważają, że ich chore żądze to najistotniejsza sprawa? To nie jest sprawiedliwy układ.

Gdy w grę wchodzą tylko prywatne, zależne od cech osobowościowych kwestie, np. gdzie, kto się leczy, gdzie uczy, jak oszczędza pieniądze, ile i jak pracuje, itd., postulaty Konserwatywnego Kosmopolityzmu i anarchizmu pokrywają się. Niestety gdy w grę wchodzi etyka, która ma ogromny wpływ na społeczeństwo, Konserwatywny Kosmopolityzm stawia na ochronę prawdy, a nie tolerancję dla kłamstwa – bo do tego to się sprowadza. Za pomocą prawa można wychować zarówno totalnie patologiczne i zniewolone społeczeństwo, jak i bardzo dobre, wolne od patologii. To prawda, że „chcącemu nie dzieje się krzywda” i że „wolność jednego kończy się tam, gdzie wolność drugiego”, lecz anarchizm wcale tego nie zapewnia. To jest udawanie, że nie istnieje wodzenie na pokuszenie, że nie istnieje konformizm, że nie istnieją patologie. W każdym miejscu, gdzie mogą mieć dostęp przypadkowe osoby, muszą być zasady. Osoba moralna nie może stać niżej w świetle prawa, niż ktoś, kto życzy sobie promować pornografię, czyli wmawiać, że coś złego jest dobre. Człowiek powinien mieć prawo do wolnego wyboru, także złego, ale jeśli zło ma prawo naprzykrzać się wszystkim bez ich zgody, to prawo bardziej chroni patologię, niż moralność. Jak ktoś chce czynić patologie, to musi mieć świadomość, że ma się z nimi kryć przed postronnymi, a nie robić je zaraz za płotem swojego podwórka, gdzie każdy z ulicy może je obserwować i być bezbronnym wobec ich promocji. Żeby uszanować prawo do patologii w sferze czysto prywatnej (szkodzenie samemu sobie i osobom jednoznacznie aprobującym), ale dla innych zachować wolność od patologii, należy wprowadzić wszystkie potrzebne zakazy, lecz nie stosować prewencyjnej metody ścigania ich, a jedynie za pomocą oddolnego zgłoszenia osoby będącej świadkiem. Wtedy zapanuje maksimum wolności. Oczywiście, nie doszliśmy jeszcze do takiego poziomu rozwoju, że na całym świecie zbiór obiektywnych patologii jest jednoznaczny, jednak wciąż te niedoskonałe próby hamują sporo patologii oraz są inspiracją do dyskusji na ten temat. Poza tym, pewne patologie są nielegalne na znacznej większości świata, np prostytucja, więc problem nie jest aż tak wielki, jak mogłoby się wydawać.

Podsumowując, anarchizm byłby idealnym ustrojem, jeśli wszyscy ludzie byliby mądrzy i dobrzy, a tak nie jest. Czym innym jest trudność w przeforsowaniu danego systemu; czy nawet w sprawieniu, aby stał się znany, a czym innym niemożliwość jego wprowadzenia z definicji. Część anarchizmu, jaką jest liberalizm moralny, należy do tej pierwszej grupy – może funkcjonować, ale jest niewłaściwy. Jednak zasadnicza część anarchizmu, jakim jest postulat braku władzy publicznej, należy do tej drugiej grupy – nawet jeśliby teoretycznie założyć, że ktoś to wprowadzi na całym świecie, już po chwili przestanie funkcjonować ze względu na dysproporcje w ludzkich zdolnościach, żądzach, majętności, itp. Większość ludzi łatwo popada w niewolnictwo, wyżej stawia bezpieczeństwo niż wolność, ma tendencje do ulegania opłacalności pomimo utraty godności, itd. Nie ważne, jak będzie się nazywał system sprawowania władzy, czy będzie to anarchia, demokracja, czy monarchia – zawsze ktoś będzie pełnił realną władzę. Dla ludzi jest tym lepiej, im więcej oficjalnej odpowiedzialności będzie pokrywać się z realną. Wtedy, lepiej lub gorzej, ale przynajmniej będzie można rozliczać władze z jej działań. W demokracji już jest z tym ciężko, bo władza teoretycznie spełnia tylko życzenia, natomiast w nominalnej anarchii, panować będzie totalne zniewolenie względem najbogatszych, a wszystko pod przykrywką dobrowolnych decyzji „wolnych” ludzi. Należy dążyć do jak najskuteczniejszej władzy, ale pozbawić ją podstawowych wad – czyli bezkresnej niezależności i tendencji do imperializmu. Makro-ustrojem, który oferuje taki stan jest Konserwatywny Kosmopolityzm, dlatego jest lepszy, niż wiele obiecująca, ale wyjątkowo utopijna anarchia.