TU KONSERWATZYM PRZESTAJE BYĆ UWSTECZNIAJĄCY…

Funkcjonowanie socjaldemokracji

Niniejszy tekst ma za zadanie wyjaśnić, jak władza w niemal całym tzw. „cywilizowanym” świecie usiłuje robić z ludzi idiotów. Warto zacząć ją rysem historycznym, choć z racji długości ma on rzecz jasna charakter poglądowy i jest mocno uproszczony.

Patrząc daleko wstecz, było tak: Ludzie rodzili się na jakimś terenie, używali go, dbali o niego. Jeżeli z jakichś przyczyn przestał on się nadawać, lub wiedzieli o lepszym, to przenosili się. Władzę w małych grupkach sprawowali najstarsi, najmądrzejsi i ewentualnie najsilniejsi. Nie było specjalnego podziału na własność prywatną i miejsca publiczne. Niestety, dochodziło do potyczek o dany teren. Później, ludzie zauważyli, że lepiej zorganizować sobie większe jednostki osadnicze, które będą funkcjonowały w sposób bardziej przemyślany, przez co można żyć w zgodzie w większej grupie ludzi, efektywniej wykorzystywać dobra naturalne, itd. Tak powstały osady, grody, a potem miasta. Rzecz jasna poziom skomplikowania w zarządzaniu się zwiększył – to było największą wadą. Z czasem pod zarządami dużych grodów/miast były mniejsze jednostki. Tworzyło się to naturalnie, poprzez gloryfikację najkorzystniej położonych osiedli. Zarządzanie, ze względu na jego zakres i stopień skomplikowania, przestało być tylko dodatkiem, możnością podejmowania kluczowych decyzji. Pojawiła się silna, realna potrzeba „zawodowego” zarządcy, który zajmuje się tylko tym. Aby móc to czynić, potrzebował środków na ten cel i grupy pomocników, którzy realizowaliby jego postanowienia. To sprawiło, że coraz częściej zaczęto stosować podatki, czyli przymusowe zabranie dóbr na rzecz funkcjonowania władzy.

W Europie, co większy teren zależny od jakiegoś ośrodka kulturowego, zaczął być zarządzany przez tzw. księcia. Jak to zwykle bywa, a specyfika tamtych czasów to jeszcze wspomagała, niektórzy książęta chcieli poszerzyć zasięg swojej władzy, podbijając ościenne księstwa. Z czasem okazało się, że w zasadzie małe jednostki autonomicznie nie mają racji bytu, muszą się łączyć w duże, aby konkurować z innymi, dużymi. Nie było w tym jakiejś szczególnej ideowości, raczej można to nazwać oportunizmem dziejowym. Tak mniej więcej powstawały dzisiejsze pańśtwa. Od tego momentu, duże, połączone jednostki terytorialne zaczęły siłą rzeczy spajać ludzi im podległych i co równie oczywiste, wzmagała się ilość antagonizmów oraz stereotypów na temat mieszkańców różnych terytoriów. W miarę rozwoju odkryć geograficznych i nauk empirycznych, zmieniały się pewne zależności. Upływ czasu także robił swoje. Po kilkuset lat utartych podziałów krajowo-narodowych, ludzie z przymusowo złączonych stali się podświadomie, samo połączeni. Upowszechniły się nieco środki przekazu, transport, itp. Ludzie zaczęli dostrzegać każdy błąd władzy, bo mieli taką możność. Zarządca musiał obawiać się nie tylko konkurencji, ale także podległych mu ludzi. Niestety, abstrahując od moralności wielu władców, stwierdzić trzeba, że większość ludzi nigdy nie była specjalistami od zarządzania. Przez to, początki ruchów ludowych kończyły się zazwyczaj rzeziami, a niewiele zmieniały w funkcjonowaniu społeczeństwa. Jednak coraz częściej klasyczny styl zarządzania stawał się przedmiotem mniej lub bardziej bezpodstawnego ataku, bo „lud” zauważał, że jest „go” zdecydowanie najwięcej, a ma najmniej dóbr w przeliczeniu na jednostkę. Niestety, lud jako taki, nie jest świadomy tego, że jako zarządca sprawdza się źle. Potem sprawy przybrały jeszcze na sile, poprzez dynamiczny rozwój techniczny, który odmienił prozę życia na ziemi.

Dziś każdy teoretycznie może wiedzieć wszystko, jednak relatywnie, większość wie o wiele mniej, w stosunku do stanu wiedzy najbardziej wykształconych jednostek, niż chłop pańszczyźniany w stosunku do króla. Co więcej, każda większa możność dotyczy zarówno podmiotów złych, jak i dobrych. Tak wielką możność, jaką jest np. Internet, wykorzystują zarówno podmioty dobre, jak i złe. Bilans jest zawsze podobny, ale skomplikowanie zależności jest coraz większe. Mamy więc dziś sytuację, gdzie ogromne grupy ludzi, przeświadczone o swojej pełnej świadomości i kompetencji, zindoktrynowane przez wieki co do swojej przypadkowo wytworzonej tzw. „tożsamości narodowej”, uzależnione od wielu dochodowych patologii, mają wielki apetyt na pieniądze i władzę. Pewnym rozwiązaniem tej sytuacji stała się rzekomo socjaldemokracja. Jak powszechnie wiadomo, chodzi w niej o to, że ludzie wybierają swoich przedstawicieli do rządzenia, a ci „załatwiają” im świadczenia. Dla laika wszystko wygląda ładnie, jednak jest dokładnie odwrotnie.

„Lud” od zawsze chciał „więcej”. Dzisiaj, ze względu na rozwój techniczny i pewnego rodzaju wyzysk Afryki oraz części Azji (ze względu na łatwość migracji tylko w jedną stronę), w praktycznie całej Europie można żyć na iście królewskim poziomie względem niemal całej historii. Nie zmienia to jednak roszczeniowego charakteru „ludu”. Typowy „leming” XXI wieku myśli w kategoriach: „należy mi się”, „chcę darmowego <wstawić dowolną nazwę usługi>”, lub co gorsze przypadki twierdzą: „mam wolność do”, itd. W czasach, jakie mamy, czyli przy bardzo dużym rozwoju technicznym, powinno być tak, że dzięki maszynom oraz komputerom, każdy z łatwością może doprowadzić swoje życie do optymalnego poziomu. Socjalizm (o komunizmie nie wspominając), ze swoją „równością”, powinien tym bardziej zapewniać taki status. Jest jednak inaczej. Ludzie ulegają masowemu materializmowi i „wyścigowi szczurów”. Proste ludy, na przykład plemiona koczownicze z Syberii, żyjące bez dzisiejszej cywilizacji i bez większego zainteresowania z jej strony, mają dużo więcej czasu i żyją „normalniej”, niż mieszkańcy „oświeconej” Europy. Z resztą sami przedstawiciele tego typu społeczności twierdzą, że jeśli nie przytrafi się „dziwna choroba” i „zdrowie dopisuje”, to w zasadzie nie mają problemów. Zatem jak to jest, że w Europie mamy taki „cyrk”?

Pierwszy problem polega na tym, że demokracja w zasadzie promuje kiepskie władze. Co musi zrobić niemoralny człowiek, który chce tylko zarobić na władzy i zapisać się w historii? Przekonać do siebie ludzi. Zdobywanie władzy w demokracji polega na populizmie. Ludzie nie znają się na ekonomii, historii, zarządzaniu zasobami ludzkimi, logistyce, filozofii, itd. Nie są w stanie zweryfikować, czy pretendent do zarządzania mówi coś sensownego, czy nie. Przykładów w historii jest mnóstwo. Moralny człowiek, ma trzy razy tyle pracy, jeśli chce dojść do władzy, więc sukcesem jest zazwyczaj, jeśli do władzy dochodzi kandydat chociażby przyzwoity. Osoba, która najwyżej stawia wartości moralne, musi nie tylko tak mówić do ludzi, aby dało się dzięki temu wygrać wybory, ale także nie może kłamać. Już na tym etapie jest bariera niemal nie do przejścia, bo prawdziwe jest zwykle to, czego ludzie nie chcą słuchać. W dzisiejszej sytuacji na przykład, prawdą jest, że należałoby przez najbliższe kilka-kilkadziesiąt lat spłacać świadczenia i długi, jakie narobiła dotychczasowa władza, bo wbrew powszechnej propagandzie, nie ma pewności, czy przez sam rozwój techniczny i wygrany wyścig inwestycyjny, kiedykolwiek uda się je spłacić. Dopiero po tym okresie można liczyć na największe efekty sensownego gospodarzenia. Samo „przemycenie” tej informacji bez kłamstw byłoby bardzo trudne, zachowując efektywność w głosowaniu, a jest jeszcze jeden problem. Zwykle, z uwagi na dużą konkurencję, kiedy już ktoś dochodzi do władzy, spotyka się z wielką krytyką i kolejne wybory przegrywa, a zatem nie może kontynuować swojej polityki. Socjaldemokracja jest nastawiona na władzę zmieniającą się często i bezproduktywnie, stąd brak wybitnych postaci wśród rządzących.

Drugi problem to socjalizm. Lud rozwiązał problem obciążenia podatkowego przez… skrajnie wysokie podatki. Śmieszność systemu socjalistycznego polega na tym, że załatwia dostęp do pewnych świadczeń na określonym poziomie, jednak robi to w o wiele mniej ekonomiczny i godziwy sposób, niż działoby się to normalnie. Można pokazać to na liczbach, dla przykładu na podstawie danych z 2012 roku:

668 400 000 000 zł – dochód publiczny (ile pieniędzy wpłynęło ze wszystkich podatków, składek obowiązkowych, mandatów, itp.)

714 900 000 000 zł – wydatki publiczne (ile wydało państwo)

38 544 513 – Ilość ludzi w kraju pt „Polska”

Średni miesięczny wydatek obywatela:

668,4 mld/ 38,5 mln/ 12 miesięcy= około 1 447zł

Średni roczny wydatek obywatela:

668,4 mld/ 38,5 mln= 17 361zł

Średnie miesięczne wydatki państwa w przeliczeniu na jednego obywatela:

714,9 mld/ 38,5 mln/ 12 miesięcy= około 1 547zł

Średnie roczne wydatki państwa w przeliczeniu na jednego obywatela

714,9 mld/ 38,5 mln= około 18 567zł

Państwo zadłuża nas więc miesięcznie na (1 547zł – 1 447zł) około 100zł, a rocznie na (18 567 – 17 361) około 1 206zł.

Warto pamiętać, że powyższe zestawienie dotyczy przeliczenia na wszystkich ludzi, a przecież niemowlęta, dzieci, chorzy, starzy i leniwi nie pracują.

Uwzględniając samych pracujących, na nich średnio przypadało około 42 tys. zł, biorąc pod uwagę dochody publiczne (czyli, ile państwo dostało). Miesięcznie (42/12) statystyczny człowiek pracujący zarabiałby bez sfery publicznej 3,5 tys. zł więcej. Zakładając, że średnie zarobki są na poziomie 2,5 tys. zł. do ręki, w normalnej sytuacji wynosiłyby 6 tys. zł (te statystyki są nieco zawyżone przez wąską grupę zarabiających ogromne ilości pieniędzy, głównie w największych miastach). Można łatwo wyliczyć, że w roku 2012 roku statystyczny pracujący miał zabierane około 58% we wszelkich ukrytych i jawnych podatkach, składkach, karach, mandatach, itp. Dla większości zarabiającej 1,5 tys. zł, dochód wynosiłby 3,5 tys. zł (1,5 tys. to 40%; 2 tys. to 60%; 1,5 + 2 = 3,5 tys. zł.). Najwięcej zabierane mają przedsiębiorcy (w skrajnych przypadkach nawet do 90%), a najmniej osoby, które żyją z socjału, ale też, przeliczając ich potencjał (nawet przy niskiej skuteczności pracy, bo z natury widocznie nie chcą pracować dużo), również nie wychodzą na socjalizmie na plus. Jedynymi beneficjentami socjalizmu są osoby skrajnie obdarzone tzw. „przysługującymi świadczeniami”, czyli miały w życiu bardzo dużo niekorzystnych zdarzeń. Można by pomyśleć, że to bardzo altruistyczne działanie rządu, ale tak nie jest. Po pierwsze, kradzież poczyniona tylko dlatego, aby dać innemu, jest dalej kradzieżą. Idąc tym tropem, państwo może zechcieć wybrać doskonały model życia i zabierać wszystkim, którzy żyją lepiej. Jest to ślepa uliczka, która prowadzi do wzrostu bezrobocia, krętactwa i przewrócenia naturalnych zależności. Po drugie, pośrednio wynikające z pierwszego, socjalizm ogłupia ludzi, bo odzwyczaja ich od naturalnej potrzeby interesowania się swoim losem, przyzwyczaja ich do tego, że bardziej opłaca się kombinować i żebrać, niż konstruktywnie coś tworzyć. Póki co, warto też odnotować, że przy braku sfery publicznej, towary i usługi byłyby dużo tańsze, gdyż przedsiębiorcy mają najwięcej obciążeń w socjalizmie, a każdy wydatek przedsiębiorcy pokrywa klient – w wyższej cenie. To nie wszystko, bo te osoby, które dziś decydują się na życie na koszt państwa – czyli niepracujący, nie mieliby takiej możliwości, więc dawaliby z siebie jakiś wysiłek, a pamiętać trzeba, że bezrobotni to 10-15% w obecnym, socjalistycznym systemie, a więc ich wysiłek byłby odczuwalny. Mało tego, cała armia urzędników i innych tego typu zabrałaby się do normalnej pracy.

Wysokie koszty życia biorą się z wysokich kosztów utrzymywania całego systemu socjalistycznego, ale są również skutkiem propagandy, którą sieje aparat władzy i anarchiczny moralnie rynek rozrywek, który jest pozbawiony hamulców. Około sześćdziesiąt procent naszych dochodów kradnie państwo, a do tego uzależnia nas systemowo od różnych patologii, o wzroście cen towarów i usług nie wspominając, bo to nawet trudno oszacować. Wszystko to w imię marksistowskiej pseudo równości i pseudo sprawiedliwości. Efekt jest taki, że aby żyć na „zadowalającym” poziomie według świadomości statystycznego człowieka, należy pracować 8-12 godzin dziennie i zarabiać minimum 2,5-3 tys. zł miesięcznie. Oczywiście można pracować na „pół etatu” i zarabiać 1-1,5 tys. zł, ale wtedy bardziej się opłaca wegetować z socjału. Żyjemy w czasach, gdzie „na miejscu” jest albo bycie pracoholikiem, albo menelem i alkoholikiem, który jest na tyle odurzony, iż nie interesują go już żadne standardy.

Niezmiernie ważna jest kwestia świadomości. Jest takie mądre powiedzonko: „czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal”. Przedstawiciele wszelkich ideologii wywodzących się z ludu, a nie z elit rządzących, z początku kompletnie nie zdawali sobie z tego sprawy, naiwnie przyzwyczajając jakieś grupy ludzi do życia ponad stan. Potem zdali sobie z tego sprawę, ale zaczęli to wykorzystywać, tworząc równię pochyłą. Dokonując pewnego skrótu myślowego, dokładnie tak robi dzisiejsza socjaldemokracja, podjudzając to jeszcze anarchią moralną, która prowadzi do uzależnień od różnorakich patologii. Właśnie przez to „oświecony świat” się zadłuża, bo ciemny lud wybierze tego, który „na już” da mu więcej. W Wielkiej Brytanii jest takie zadłużenie, że sprzedaż wszystkich nieruchomości (prywatnych też) z tego kraju nie pokryłaby długu. Żadna logika czy tłumaczenie nie ma tu zastosowania. Dzisiejsi ludzie są w większości niestety bezmyślnie roszczeniowi. To wszystko nieprzypadkowo tak funkcjonuje. Taka jest zwyczajnie konieczna specyfika władzy w demokracji. Zarządcy muszą mieć środki do kontroli ludu. Nie mają ich z urzędu, jak władza scentralizowana, np monarchia, więc muszą uzyskać podstępem. Podstęp polega na usunięciu wszelkiej swobody w jednej sferze, na rzecz totalnej samowoli w innej. Sferą bez swobody jest nasze życie prywatne: zarobki, nauczanie, leczenie, oszczędności, bezpieczeństwo, warunki pracy, relacje rodzinne, itd. Sferą, gdzie panuje samowolka, a nie powinna, jest promowana obecnie wizja moralności, czyli tolerowanie wszystkiego jako subiektywne dobro. Jest dokładnie odwrotnie, niż być powinno. Jedyna płaszczyzna, która nie może być urynkowiona, czyli moralność, niestety jest. Cała reszta kwestii, która jest na tyle zindywidualizowana, iż każdy pojedynczy człowiek statystycznie wie najlepiej, co robić, jest niestety zniewolona przez system.

Poza zlikwidowaniem socjalizmu, w dążeniu do dobrobytu sprawdzonymi metodami są optymalizacja relacji oraz nie doprowadzanie do patologii. To pierwsze szwankuje przez podziały krajowo/narodowe, przez które w jednych, zamkniętych terytoriach za nic zarabia się sporo (np. Norwegia, gdzie jest mało ludzi, a dużo zasobów), a w innych są głównie obozy pracy. W normalnych warunkach, kiedy przepływ osób i towarów jest swobodny, zagęszczeniem i dobrobytem ludności sterowałby rynek, a nie polityka, nie dochodziłoby do nienaturalnych podziałów na obszary panów i obszary sług. Nie doprowadzanie do patologii polega zaś na tłumieniu w zarodku wszelkich ośrodków zepsucia oraz posiadaniu koniecznych sił do utrzymywania porządku w przestrzeganiu reguł. W socjaldemokracji wszelkie patologie są promowane pod przykrywką tzw. „debaty publicznej”. Równie mądre byłoby prowadzenie „debaty publicznej” w sprawie doboru zaworów do silnika formuły pierwszej – tyle, że miałoby zdecydowanie mniej istotne skutki. Po co roztrząsać tematy filozoficzne na miliony laików? Chyba tylko po to, żeby wodzić ich na pokuszenie – bo raczej nie w szczerej wierze w jakość takiej debaty.

Przymusowe okradanie wszystkich, tylko po to, żeby dać im przymusowe usługi, nie jest żadnym zwiększeniem dobrobytu. Być może sama geneza wszelkich ruchów lewicowych była w niektórych przypadkach niekiedy działaniem szczerym, bo bez nowoczesnej techniki wszystko okupione było o wiele większą ilością pracy i poświęcenia, jednak jak to się mówi, „dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane” i najważniejsza jest logiczna, całościowa i kompatybilna ze światem analiza. Dzisiaj, cała „śmietanka” socjaldemokratów to ludzie cwani, którzy zauważyli, że rewolucje ludowe można zaaprobować, a ich postulaty pozornie wprowadzić w życie, zyskując jednocześnie ogromną kontrolę nad społeczeństwem – niestety, kontrolę okupioną patologią. Nieprzypadkowo wszyscy najwięksi zbrodniarze w historii to narodowi-socjaliści albo komuniści. Dzisiaj nie mamy już z tym do czynienia na wielką skalę, jednak tylko dlatego, że zrozumieli oni, iż bardziej opłaca im się niszczyć nas pokojowo, niż zbrojnie. Sprawy niszowe wymagają niszowych ekspertów, a nie populistycznego bełkotu. Św. Inkwizycja, która rocznie skazywała na śmierć te około 25 osób na świecie, jest dziś obiektem żartów i sztandarowym przykładem antyklerykałów na rzekomą patologię w Kościele, ale nigdy nie dowiemy się, jak wielu potencjalnych Hitlerów, Leninów, Marksów, czy Zedongów powstrzymała, a mimo to sporo osób wiesza na niej psy bardziej, niż na wyżej wymienionych panach. Nie ma w tym logiki.

Jesteśmy dziś masowo okradani, manipulowani i indoktrynowani. Około 90% ludzi bierze stan dzisiejszy za jedyny słuszny i zupełnie normalny, tak w sprawach moralnych, jak i w kwestiach podziałów terytorialnych, gospodarki, systemu sprawowania władzy, itd. Wiele osób twierdzi, że „nie ma czasu” iść w niedzielę do kościoła, bo „musi” pracować. Wiele osób twierdzi, że „nie ma czasu” dla rodziny, bo „musi” pracować. Wiele osób twierdzi wreszcie, że „nie stać” ich na dzieci – co jest najbardziej kuriozalne. Stać nas i mamy czas na wszystko – pytanie, co stawiamy jako priorytetowe i dlaczego? Odpowiedź zdaje się jasna, zarówno w kontekście statystyk, jak i nawet prostych obserwacji dzisiejszego świata – socjaldemokracja żyje z podatków, a im więcej bezsensownych czynności, tym więcej podatków od każdej z nich. Są oczywiście tacy, którym udało się jakoś odnaleźć w dzisiejszych czasach, zatem egzystują w harmonii z własnym sumieniem i rzeczywistością. Problem polega na tym, że chyba nie po to czynimy sobie ziemię poddaną, aby osiągnąć tak wielkie nic. Różnimy się od ludów pierwotnych zdolnością radzenia sobie z nietypowymi chorobami (chociaż wiele też spowodowała cywilizacja), zmniejszyliśmy śmiertelność noworodków i mamy większą świadomość kulturoznawczą oraz w naukach empirycznych. Są to zauważalne różnice, ale jest też bardzo dużo problemów, nad którymi warto się pochylić, więc to raczej kiepska laurka w kontekście tego, jak bardzo rozwinęła się technika.

Często powtarza się, że łatwo jest kierować człowiekiem nieświadomym. To już dawno jest nieaktualne. Dziś każdy myśli, że jest świadomy i rzeczywiście, w pewnych sprawach relatywnie obszerna wiedza jest łatwo dostępna, co wcale nie znaczy, że większość ludzi ją przyswaja. Ten nowy stan rzeczy, pozornie trudny do ogarnięcia pod zarząd, stał się świetnym przyczynkiem do nowej ery propagandy i manipulacji. Proszę zauważyć, że o ile człowiekiem nieświadomym kieruje się w istocie łatwo i skutecznie, o tyle z człowiekiem przeświadczonym o swoim geniuszu, świadomości, wpływie na władzę, itd., a jednocześnie nieposiadającym tych atrybutów, można zrobić wszystko. Wystarczy pozbawić go kręgosłupa moralnego, zająć denną rozrywką, aby za dużo nie myślał, ale dużo pił, a potem już tylko okradać, a za skradzione pieniądze indoktrynować przez sprawne macki socjalistycznych świadczeń. Co ten człowiek powie na to? Ucieszy się, że jest wolny, świadomy, nowoczesny, taki, siaki i owaki. Będzie myślał, że to on w trzeźwi swoich władz umysłowych wybrał takiego „wspaniałego” zarządcę, który pozwala mu na „wspaniałe” życie, jakie ma. Jaka jest z tego „kasa”? Ano taka, iż patologia, to nowy rynek zbytu. Każdy nowy rynek zbytu to albo podatki, albo pseudo walka z nim – kary, mandaty, nowi urzędnicy, propaganda władzy walczącej o dobro, itd. Człowiek o silnej moralności, mający swoje stałe zajęcia kupuje zwykle to, co zabezpiecza jego witalne życie, oraz to, co jest mu potrzebne do codziennych zajęć. Osoba patologiczna, uzależniona od wielu świadczeń czy produktów dających sumę skutków ujemną jest lepszym klientem. Największe biznesy obecnego świata, czyli narkotyki, alkohol, pornografia, nocne kluby, itd., opierają się na uzależnieniu od patologii. Jesteśmy świadkami tworzenia się nowego patologicznego rynku produktów i usług – rynku sodomii. Tak to właśnie działa. Ludzi jest dużo, technologia akurat się rozwinęła, więc na fundamentalne potrzeby łatwo byłoby zapracować, jest spory kapitał wolnego czasu i zasobów – spryciarze od socjaldemokracji o tym wiedzą.

Przyglądając się temu paradoksowi socjaldemokracji, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną sprawę, czyli istotę całej zmiany. Nie da się zaprzeczyć, że chociaż statystyczny człowiek pomimo wielkiego rozwoju techniki, dalej haruje jak wół, to efektem tego harowania są nieco inne możliwości. Kiedyś, statystyczny chłop na wsi nie miał wielkich perspektyw, więc pracował na racjonalne potrzeby, a resztę czasu mógł poświęcić chociażby na myślenie o swoim życiu. Dzisiaj, ilość perspektyw jest w zasadzie nieograniczona. Nawet bez nagonki władz, materializm i hedonizm szerzyłby się. Podstawową przyczyną całego zwariowania w drugiej połowie XX wieku i w XXI wieku jest bardzo gwałtowny rozwój techniczny. To on w dużej mierze wygenerował to, że wszyscy możemy czuć się mądrzy, świadomi i nowocześni. To on sprawił, że w skali makro niewiele potrzeba pracy na zapewnienie ludziom zaspokojenia fundamentalnych potrzeb. To te i wiele innych zmian sprawiły, że wyklarował się taki, a nie inny system zarządzania socjaldemokratycznego. Nie jest on dobry, ale jest lepszy niż anarchia sterowana bojówkami najbogatszych ludzi, a między innymi to nam grozi w przyszłości, jeśli tendencja nie zacznie się zmieniać.

Zakłamany system socjaldemokratyczny nie zlikwiduje się sam. Jest silna potrzeba promowania samokrytyki i pokory dla społeczeństw. Przykłady takich miejsc jak Zjednoczone Emiraty Arabskie pokazują, że w dzisiejszych czasach może istnieć nowoczesne zarządzanie silną ręką bez socjalizmu. ZEA nie dotykają protesty, rewolucje, itp., w mentalności ludzi władza monarsza nie jest niczym złym. W Europie też są przebłyski, np. Liechtenstein, jednak to ciągle mało. Chociaż Islam nie jest religią ukazującą prawdę, to mimo wszystko, wprowadzony do ustawodawstwa i kultury, jako regulujący funkcjonowanie społeczeństwa, daje dużo lepsze skutki niż bałagan Europejski. W ZEA jest wolność wyznania, jednak przepisy są ustalane tylko w kontekście Islamu. Wolno więc mieć cztery żony, ale nie wolno się publicznie całować. Oczywiście nie ma sensu zajmować się tym szczegółowo w niniejszym tekście. To tylko przykład na to, że można i że cały ten dzisiejszy świat może funkcjonować dobrze. Wystarczy, że ktoś, komu zależy na dobru podległych mu ludzi i dóbr może rządzić efektywnie i stale, a nie podpierać się sondażami, łaską i niełaską ludu, który guzik wie w kluczowych dla zarządzania kwestiach. Nie da się tego wprowadzić jednak od tak. Ludzie masowo muszą dojrzeć do dziejowo dziwnej sytuacji, do której nie przystajemy ani genetycznie, ani kulturowo. Muszą docenić prawdziwe, moralne wartości i zrozumieć, że pieniądze nie biorą się z żebrania w urzędzie, że zwłaszcza przy dzisiejszej technologii, moralniej i efektywniej zarobić je samodzielnie.

Człowiek rozwinął się i przez wiele tysięcy lat rozbudowywał cywilizację w oparciu o normalne, fundamentalnie naturalne zależności. Jak ktoś sobie zarobił, to miał na wydatki, jak odkładał, to mógł potem wypoczywać albo opłacić sobie leczenie, naukę, itd. Nagle nastał socjalizm i z jakichś dziwnych przyczyn, ludzie „muszą” mieć państwo opiekuńcze, które mówi im czy zapinać pasy, co jeść, czego się uczyć, ile odkładać pieniędzy, jak długo pracować, itd. Po całym wieku socjalizmu i komunizmu, można jasno stwierdzić, że takie idiotyzmy nie mają racji bytu. Nie ma czegoś takiego jak „darmowe” leczenie, szkolnictwo i emerytury. To wszystko są drogie i słabe usługi, dzięki którym rządy manipulują nami tak, abyśmy pracowali jak bure osły, chociaż nie musimy. Na obozie koncentracyjnym w Auschwitz był napis „Arbeit macht frei”. Istnienie owego obozu było skutkiem działania narodowego-socjalisty, rasisty i zwolennika „rasy panów” – Hitlera. Dziś w Europie nie dominuje narodowy socjalizm. Jest jednak tzw. socjaldemokracja, a slogan z obozu koncentracyjnego mógłby służyć jako uosobienie obecnej propagandy, bo decydenci najwyraźniej wzięli sobie za cel zrobienie z rzeczywistości XXI wieku jego satyryczne odbicie.

To, co zawsze było trudne, teraz jest łatwe i na odwrót. Normalne zarządzanie i narzucenie właściwej szaty moralnej na kulturę było przez wieki  relatywnie łatwe i nikt nie miał interesu, żeby to psuć. Trudno było natomiast o obiektywizm i wiedzę, bo spotykanie się ludzi z różnych części świata, wymienianie doświadczeń i poglądów było niemal niemożliwe. Każdy mógł sobie wyobrażać o ludziach z innej części Europy czy Świata, co chciał, co mu „mądrości” ludowe podpowiadały. Dzisiaj, nawet każdy „chłopek roztropek” z w miarę otwartym umysłem, jest w stanie wpaść na to, że wystarczy, aby ludzie przestali dać się manipulować na bezpodstawną nienawiść do innych i unikniemy wielu niepotrzebnych tragedii. Nie ma więc co narzekać, jest jak jest. Trzeba się zastanawiać, co robić, aby ludzkość jak najlepiej wyszła z fascynacji socjaldemokracją. Podstawowym zadaniem wydaje się przywrócenie do masowej świadomości faktu, iż niemal zerowy odsetek społeczeństwa zna się na zarządzaniu publicznym na zadowalającym poziomie i nie jest to ani dziwne, ani niebezpieczne spostrzeżenie. Władzę znów muszą zacząć pełnić wąskie grupy ludzi, znające się na filozofii, prawie, ekonomii i historii.