TU KONSERWATZYM PRZESTAJE BYĆ UWSTECZNIAJĄCY…

Konserwatywny Kosmopolityzm

Żyjemy w XXI wieku. Technika niewątpliwie się rozwija. Łatwiej jest porozmawiać z człowiekiem z drugiego końca świata, niż przejść kilometr do sklepu. Przesyłanie zdjęć, filmów czy wideo-rozmowy są możliwe „od tak” na każdym kontynencie. Dokoła ziemi krąży stacja kosmiczna, w której pracują ludzie z całego świata. No, a podziały, co? Jak były średniowieczne, tak są. Trudno w tym o logikę…

Setki, albo i tysiące lat trwały w Europie podziały plemienne. Były one naturalne, kultura i tradycja tworzyła się spontanicznie. Mimo to nie dawały one wielkiego bezpieczeństwa, dobrobytu ani stabilizacji. Wraz z rozwojem nadeszły czasy państw. Czy to się wodzom plemion podobało, czy nie, musieli albo starać się podbić inne, albo byli skazani na podbicie. W miejscu, gdzie przychodzi nam żyć, istniało wiele plemion o różnych kulturach i językach. Niestety, wódz plemienia Polan zniszczył je, a dziś nikogo to nie obchodzi. Tworzące się kraje, chociaż zniszczyły wiele kultur i języków, to w takiej czy innej formie były koniecznością dziejową, więc jak nie te, to inne kultury poszłyby w niepamięć.

Dziś nadeszły czasy, kiedy technika pozwala nam przejść na nowy model stosunku do przynależności. Jest nim Konserwatywny Kosmopolityzm, czyli połączenie prawicowej koncepcji silnej władzy z racjonalnym podziałem terytorialnym i wolnymi granicami. Kosmopolityzm, choć ma bardzo różne interpretacje, zawsze dąży do opracowania racjonalnego stosunku do przynależności, oraz podkreśla przypadkowość i subiektywność wrodzonych różnic pomiędzy ludźmi. Zanim jednak zostanie przedstawiony opis konserwatywnej koncepcji kosmopolitanizmu sprecyzować należy, dlaczego dzisiejsze podziały są nieracjonalne.

Żeby było najprościej, zajmijmy się analizą powstania kraju, w którym żyjemy. Najbardziej swojsko to ujmując, było tak: jakiś facet ze swoją „drużyną” podbił innych ludzi i z biegiem lat narzucił im swój język oraz kulturę. Ot i cała przyczyna dzisiejszej fascynacji. Oczywiście, można twierdzić, że skoro akurat ten podbój przetrwał, to ma jakąś wartość, ale po pierwsze – z definicji jakiś podbój musiał przetrwać drogą eliminacji, a po drugie, jeśli argument długości trwania jest taki ważny, to wszyscy powinniśmy trwać przy plemionach albo przejść z Katolicyzmu na Judaizm – w końcu dłużej trwa! Prawda jest taka, że oceniając podziały można stosować jeden z dwóch toków rozumowania: albo cenimy naturalność i różnorodność kultur, albo cenimy ujednolicenie i wygodę w zarządzaniu. Jeżeli cenimy naturalność i różnorodność kultur, to powinniśmy krytykować Mieszka. Jeśli zaś cenimy ujednolicenie, to nie powinniśmy dzisiaj marudzić, że np. Ruś chciała podbić i przyłączyć tereny Mieszka. Dlaczego nie przeszkadza nam, że Mieszko podbił i spolonizował kraje Wiślan, Opolan czy Wolinian, a przeszkadza nam, gdyby Car zrusyfikował kraj Mieszka? Przecież to logika na poziomie prawa Kalego. Kali z powieści „W pustyni i w puszczy” powiedział: „Jak Kali ukraść krowę to dobrze, ale jak Kalemu ukraść krowę, to źle.” Śmiejemy się z tego, tymczasem jak Mieszko podbijał kultury i narzucał język to dobrze, a jak Mieszko miałby być pokonany i włączony do innej kultury, to źle. Dlaczego urojona, sztucznie wytworzona „polskość” niemal wszystkich bardzo interesuje, a naturalną np. „pomorzańskość” czy „opolańskość” ludzie mają gdzieś? Myślimy tak, bo żyjemy w czasach post-rewolucyjnych.

Do XIX wieku świadomość polityczną miały tylko elity rządzące, czyli ok. 1% ludzi. Wraz z rozwojem techniki i zmianami sposobów sprawowania władzy, świadomość polityczna elit rządzących połączyła się z neo-plemienną żądzą przetrwania szerokich mas społecznych – ukształtowaną przez setki tysięcy lat życia w okresie przed cywilizacyjnym. Przez to, akurat te podziały, które istniały w świadomościach ludzi podczas opisanych przemian, utrwaliły się jako fundamentalne, unikatowe i wartościowe. Tylko dlatego robimy z dzisiejszych podziałów jakieś bożki i przypisujemy im wartości, że stan podziałów czy też tożsamości kulturowej z XVIII i XIX wieku stał się całym masom ludzkim wiadomy, a przez to po dziś dzień fundamentalny. Nacjonalizm jest to typowo populistyczna ideologia, bazująca na emocjach ludu i dążąca do wykorzystania tychże przeciwko ludziom. Odkąd masy ludzi zaczęły utożsamiać się z podziałami politycznymi, populiści uzyskali pseudo argument do wysyłania ludzi na śmierć w celu spełniania własnych interesów i gierek politycznych. Dokąd nie było nacjonalizmu, działania takie jak propaganda Hitlerowska nie miałyby miejsca. Obecne podziały są więc nie tylko bezzasadne, ale i bardzo niebezpieczne.

Przez wieki jedyną możliwością na bezpieczeństwo było tworzenie autonomicznego terytorium. Brak rozwiniętej techniki, generujący trudniejsze wobec dzisiejszych warunki bytowe, był też wielką pokusą do życia kosztem kogoś, stąd parcie na grabieże wojenne, zdobywanie niewolników, lub też o wiele późniejsze, Hitlerowskie „Lebensraum” – czyli przestrzeń życiowa. Dziś jednak Internet przekształcił nieco zdolność człowieka do relacji i jakiekolwiek społeczności są w o wiele większym stopniu zdolne do asymilacji oraz pokojowego współżycia, niż nawet najbliższe plemiona w średniowieczu. Różnicę pomiędzy bezsensowną walką o bezpieczeństwo i wolność, a możliwą dziś współpracą ku pokojowemu współtworzeniu tych wartości, wyjaśnić można na prostym przykładzie.

Wyobraźmy sobie, że przez 10 pokoleń w jednej klatce hodujemy poprzez dobieranie podgatunek mniejszych myszy, a w drugiej, przez te same 10 pokoleń podgatunek większych myszy. Wystarczy dobierać małe osobniki do małych, a duże, do dużych. Po tych 10 pokoleniach powstanie jakaś różnica między nimi. Jeśli z obu podgatunków weźmiemy po tyle samo sztuk i wypuścimy razem do jakiegoś środowiska, to są dwie możliwości:

- przy ograniczonym miejscu duże myszy wygryzą małe;

- przy nieograniczonym miejscu rozejdą się i skrzyżują, a po kilku pokoleniach różnica zniknie.

Wyobraźmy sobie, że te myszy to my, a hodowanie w oddzieleniu, to państwa. Niewielkie różnice w wielkości to zaś mikro różnice, jakie wytworzyły się między mieszkańcami poszczególnych krajów. Cóż. Świat jest z pewnością ograniczonym miejscem, więc silniejsze zbiorowości powinny „wygryźć” słabsze. Takie np. Chiny (1,4 mld ludzi) mogą bez większego problemu eksterminować pół świata dla swoich korzyści i mieć „lebensraum”. Jest jednak jedno „ale”. Warto przypomnieć, że ludzie to nie myszy i mają coś takiego jak samoświadomość i możliwość abstrakcyjnego myślenia, o moralności nie wspominając. Ludzie powinni więc zdawać sobie sprawę, że skoro da się dogadać globalnie; w skali całej populacji, to lepiej dla wszystkich będzie pomyśleć racjonalnie, jak rozwiązywać problemy z ograniczoną ilością miejsca i zasobów, niż wyniszczać się wzajemnie. Tak jak np. w średniowieczu wyszło „w praniu”, że lepiej poradzi sobie „państwo polan” niż setki zwaśnionych plemion, tak też logiczne jest, że lepiej zarządzi całym światem synergiczne działanie, niż setki zwaśnionych krajów chcących zbędnej autonomii. Autonomia plemion w średniowieczu byłaby mniej szkodliwa wtedy, niż autonomia krajów dzisiaj – gdyż kraje są nienaturalnie wielkie, a przez to dysponują ogromną, centralnie sterowaną siłą militarną.

Nacjonaliści argumentują, że podziały są stare, sprawdzone i utarte, ale czy naprawdę do końca świata mamy żyć w sztucznie wyhodowanych narodach tylko dlatego, że jakiś wódz plemienny coś sobie kiedyś podbił? Już XX wiek pokazał, że nacjonalizm można zmienić w jeszcze większy fanatyzm. Coraz więcej krajów ma tylko pozorną autonomię. Bardzo wiele z nich jest całkowicie zależna od tego, co postanowi decydent z Rosji, Unii, USA czy Chin. Na świecie od wielu lat tworzą się wielkie strefy wpływów. Jeżeli nic nie zmienimy, to za pewien czas może dojść do wojny totalnej pomiędzy największymi decydentami. Utopijny nacjonalista może sobie marzyć o autonomii swojego kraju, ale już nigdy jej nie będzie. Pełną autonomię utrzymają jedynie ci, którzy zdołają konkurować siłą zbrojeń z pozostałymi kilkoma. Jest jedna, jedyna szansa, żeby nie dopuścić do wojny o władzę nad światem – ta szansa to możliwość odebrania politykom sfery zarządzania naszą świadomością, wolnością migracji, podróży i pracy.

Ludzie muszą zrozumieć, że zamiast bić się o wolność, jak to było w historii, można po prostu zmienić całe podejście do przynależności. Jest to idea stosunkowo prosta i da się ją wylansować oddolnie. Ludzie muszą chcieć, żeby władza publiczna przestała się zajmować hodowaniem ich na jakimś terenie. Ludzie muszą mocno chcieć i głośno postulować, żeby władza się dogadywała i kolejno likwidowała utrudnienia w przemieszczaniu się, pracowaniu, itp. To propaganda, że władza zakazując nam wolnego przemieszczania się, dba o nasze bezpieczeństwo i ta propaganda pozwala jej posyłać nas na śmierć w imię całkowicie urojonej koncepcji wolności. Władza ma dbać o bezpieczeństwo publiczne w podległym sobie terenie bez względu na to, kto tam jest! Wystarczy, jak prawo będzie dobrze napisane i skutecznie egzekwowane. Każdy, kto pracuje lub ma nieruchomość, powinien płacić podatek, a płacąc podatek, być obywatelem, który oczekuje dobrego prawa i bezpieczeństwa publicznego.

Zanim zostanie doprecyzowane, na czym konkretnie polega koncepcja Konserwatywnego Kosmopolityzmu, należy zaznaczyć, że aby móc zrozumieć ten pogląd, trzeba odrzucić emocjonalne „czucie się polakiem”. Trzeba zdecydować się na racjonalizm i odrzucić emocjonalne pozory. Jeśli będziemy brać „czucie się” jako fundament, to daleko nie zajdziemy. Czucie jest bowiem w 100% zależne od ideologii, jaką się nas karmi. Ludzie potrafili w historii i nadal, w teraźniejszości potrafią czuć się i utożsamiać, jako np. rasa „aryjska”, jako skrajni muzułmanie, których zbawi mordowanie innych, jako żołnierze kamikadze w imię boskiego cesarza, jako „proletariat” w komunizmie, jako „tolerancyjni” hedoniści-materialiści, itd. Na tej samej zasadzie czujemy się „polakami”, „niemcami”, itd. To tylko skutki sztuczek psychologicznych, połączonych z rozwojem techniki i upływem czasu. Opieranie światopoglądu na „czuciach” prowadzi do upadku. Liczą się fakty i obiektywne argumenty.

Skoro wiemy już, dlaczego fundamenty obecnych podziałów są złe, a przez ogólną ich nadinterpretację niebezpieczne, czas zająć się opisem, czym konkretnie jest konserwatywna koncepcja kosmopolityzmu! Najogólniej rzecz ujmując, jest to globalna sieć częściowo autonomicznych okręgów władzy publicznej, która swoją konstrukcją i zależnościami interesów wyklucza imperialistyczne i propagandowe zapędy zarządców publicznych, naturalnie niwelując sztuczne antagonizmy i zachowania nacjonalistyczne. Absolutna podstawa tego, aby można było mówić o kosmopolitycznym systemie podziałów, to całkowity brak ingerencji zarządców w migracje ludności. Każdy ma pełne prawo na zasadach wolnorynkowych kupić sobie teren w dowolnym miejscu, pracować tam, itd., bez absolutnie żadnych ograniczeń rządowych. Obiektywne płaszczyzny, takie jak model gospodarki czy podstawy prawne byłyby ustalane na kongresach zarządców, podobnie jak sprawy rangi globalnej, zaś kwestie zależne od specyfiki danego regionu, zatem subiektywne, byłyby ustalane samodzielnie przez każdego zarządcę. Same jednostki zarządcze, które można by w kontekście etosu Europejskiego nazwać księstwami, muszą być relatywnie małe, a ich zarządcy (książęta?) pozbawieni pełnej autonomii, bo powiązani unią migracyjno-gospodarczą. Małe jednostki zarządcze z silną pozycją władcy są najlepszym systemem sprawowania władzy, bo mamy zarówno maksymalną skuteczność, jak i niemal zerowe ryzyko, gdyż siłą rzeczy zarządca nie dysponuje dużym wojskiem, a w razie agresji, ma cały świat wrogów – którzy w ramach makro ustroju mają obowiązek zastąpić go kimś innym. Zazwyczaj musimy wybierać: duża skuteczność, ale i duże ryzyko – czyli silna władza (np. monarchia), albo mała skuteczność i potencjalnie mniejsze ryzyko, czyli demokracja. W modelu Konserwatywnego Kosmopolityzmu tego dylematu nie ma. Dziś problem polega na tym, że dokąd małe księstwa graniczą z wielkimi krajami, politycznie nie mają żadnej siły i są miłymi reliktami dla szczęściarzy, którzy w nich żyją. Jedyna możliwość, aby tego typu zarządzanie mogło być zasadne politycznie, to globalne wprowadzenie go na konkretnych, obiektywnych zasadach, co utworzy pełną równowagę sił. I właśnie tego typu możliwości są dziś realne ze względu na rozwój techniczny.

Wolnościowiec honorujący post-państwowe kultury i wynikające z tego antagonizmy jest jak partia Tuska, która wiecznie gada o liberalizmie gospodarczym, a w praktyce wprowadza socjalizm. Oczywiście pewne elementy libertarianizmu i patriotyzmu da się połączyć ze sobą, np. kupowania regionalnych produktów w sposób nieracjonalny (na zasadzie „widzimisię”) nikt, nikomu nie zabroni, co nie zmienia faktu, że działanie takie należy uznać jako bezsensowne. Dziś jest ogromna moda na wszelkie nacjonalistyczno/patriotyczne poglądy i niektórych wolnościowców ta moda dopada. Sztucznie wyhodowana kultura ma dokładnie taką samą wartość, jak „dobroczynność” państwowa, która najpierw kradnie ludziom pieniądze, a potem daje je, komu uważa. Nie można być wrogiem państwa i rządu, jednocześnie ubóstwiając jego główny produkt.

Nikt oczywiście nie twierdzi, że krok dziejowy, jakim było łączenie się plemion był zły dla rozwoju cywilizacji – nie. Był to bardzo ważny i dobry etap, bo przy możliwościach tamtych czasów był krokiem we właściwą stronę. Państwa osiągały taką wielkość, jaką dało się skutecznie zarządzać w warunkach średniowiecznych technik porozumiewania się, otrzymywania informacji, przemieszczania się i stanu świadomości. Po to czynimy sobie ziemię poddaną, żeby racjonalnie zarządzać tak dużym obszarem, jakim tylko się da. Pokój i praworządność w ramach państwa zamiast bezmyślnego tłuczenia się o każdy skrawek ziemi stanowił rozwój. Analogicznie, od kilkudziesięciu lat, z technicznego punktu widzenia można by spokojnie zarządzać całym światem dużo bardziej skutecznie, niż w średniowieczu jednym państwem. Trzeba mieć tego świadomość i pomimo, że w społeczeństwie niemal tematem tabu jest negowanie patriotyzmu, a coraz częściej też nacjonalizmu, to jednak właśnie to jest dziś sensowne. Problemem są utarte podziały państwowe, tak jak kiedyś problemem były utarte plemiona, bo niestety większość polityków zamiast zastanawiać się nad obiektywnymi postulatami, takimi jak wolny rynek, to zastanawia się, jak tu najwięcej zyskać dla siebie. W ten sposób będą tworzyć się coraz to większe stronnictwa polityczne, aż dojdzie do wojny totalnej, która wyłoni tych, którzy będą rościć sobie prawo do narzucania światu swoich, zapewne subiektywnych warunków. To tylko kwestia czasu, tak jak kwestią czasu był upadek niepodległości 99% plemion. Każda możność ma to do siebie, że prędzej czy później ktoś ją wykorzysta. Dlatego właśnie, za pomocą rozumu i logiki, należy wspierać tylko obiektywne aksjomaty i przyjmować poglądy, które są skuteczne w każdym miejscu na świecie, a nie oferują doraźne korzyści dla jakiejś społeczności. Nacjonalizmy i patriotyzmy takie nie są. Do nich pasuje tylko i wyłącznie stagnacja albo imperializm. Stagnacja jest niemożliwa, bo okoliczności się zmieniają, możności są coraz większe. Zostaje więc imperializm. Jeśli ktoś uważa z jakichś dziwnych przyczyn, że jego kultura/tożsamość, czy co tam jeszcze innego, to jakiś na w pół mistyczny, arcy ważny twór, nie powinien być wolnościowcem. Może ewentualnie chcieć wolny rynek w ramach swojego tworu politycznego, ale to jeszcze nie wolność. To narodowy-kapitalizm, analogicznie, jak był narodowy socjalizm. Narodowy socjalizm jest przeciwieństwem globalnego socjalizmu, ale także narodowy kapitalizm jest przeciwieństwem globalnego kapitalizmu, czyli na przykład libertarianizmu lub konserwatywnego kosmopolityzmu. Imperializm mógł mieć sens w średniowieczu, bo nikt nie znał wielkości świata i imperializm samoograniczał się poprzez imperializm innych. Nikt nie mógł zagrozić, że w imię imperializmu wyśle bombę atomową – dzisiaj może. Dlatego właśnie średniowieczny imperializm poprzez ograniczenia wynikające z tej epoki jakoś działał, a jak pokazał XX wiek, już działać przestał. Dziś mamy inne wyzwania przed sobą i fani cementowania wszystkiego, co stare, muszą to wreszcie zrozumieć. Jest zbyt wiele zmiennych, które znacząco odmieniły świat, aby średniowieczne podziały polityczne mogły mieć rację bytu.

Możliwość dokonywania irracjonalnych zakupów typu „dobre bo regionalne”, to jeszcze daleka droga do patriotyzmu czy nacjonalizmu. Choć nie ma to logicznych podstaw, to oczywiście jest jak najbardziej dozwolone w ramach globalnego kapitalizmu. Nie można natomiast połączyć patriotyzmu i nacjonalizmu z maksymalizacją wolnego rynku, bo owe poglądy dążą do maksymalizowania gloryfikowania danego kolektywu bądź terenu, co wymaga opiekuńczo-opresywnej funkcji władzy. Interes władzy publicznej jest sprzeczny z interesem normalnego życia w wolności. Władza będzie skuteczniej dawać wycisk innej władzy, kiedy będzie mieć dużą kontrolę i postawi na wojskowość. Dlatego trzeba wybrać: albo maksymalizacja wolności, albo maksymalizacja imperializmu. Inaczej jesteśmy hipokrytami. Nie można służyć dwóm panom. Albo zależy nam na obiektywnych zasadach nabywania gruntu i innych dóbr, czym jest globalny kapitalizm, albo chcemy wzrostu potęgi militarnej tworu politycznego w jakim się urodziliśmy i ten zbiorowy hedonizm jest dla nas ważniejszy, niż racjonalne zasady. Decyzja należy do każdego z nas.

Pierwszy raz w historii świata mamy realną możliwość na globalny dialog na wystarczająco przyzwoitym poziomie, aby kosmopolityzm stał się możliwy. Do tej pory wielkie masy ludzi siłą rzeczy egzystowały w ciemnocie względem życia osób w innych częściach świata. Poza tym, do kosmopolityzmu przekonują wszelkie logiczne przesłanki dotyczące celu życia. Celem przecież jest cnota miłości bliźniego, a nie tworzenie makro-hedonizmu. Nie da się znaleźć logicznego argumentu przeciwko możliwości życia w dowolnym miejscu, możliwości komunikacji z każdym, oraz możliwości transportu, jak również odrodzenia realnych, regionalnych kultur przy jednoczesnej uniwersalizacji najważniejszych zasad. Również ryzyko wojen byłoby obniżone o ten główny powód, jakim jest rywalizacja państw. Przeludnione obszary nieco by się rozluźniły, a miliony kilometrów kompletnie dzikich miejsc na ziemi, zyskałoby szanse na użytkowanie. Rynek światowy ustabilizowałby się. Brak marnowania pieniędzy na rywalizację zbrojną, w zamian której otrzymalibyśmy współpracę i konkurencję rynkową, dałby wymierne skutki. Nastąpiłby wzrost piętnowania negatywnych subkultur, np. ekstremistycznych odłamów Islamu czy Hinduizmu, których absurdy byłoby widać wyraźniej przy ułatwionej, ogólnoświatowej dyskusji,

Sporą część historii świata regiony łączyły się w coraz większe. Dawało to rzecz jasna lepsze zarządzanie, większy efekt synergii, itd. Niestety, zaistniało wiele zbyt wielkich połączeń, a stało się tak głównie dlatego, że już gdzieś jakieś większe istniały i w pojedynkę małe jednostki nie dałyby rady się im oprzeć. Wygrały te, gdzie kluczowe wówczas postacie polityczne najprędzej się zorientowały i ujednoliciły. Nie tworzyły się potem jeszcze większe, bo nie było potrzeby i możliwości. Tak przypadkowo powstałe jednostki przetrwały i niekiedy trwają do dziś. Nie było to żadne działanie ideowe i nie ma w nim wartości. Jest to efekt zwykłego oportunizmu historycznego. Z chaotycznie „zjednoczonych” dla wygodnego zarządzania ziem, powstały „mityczne” narody i istnieją w umysłach wielu ludzi do dzisiaj.

Do tej pory nie bardzo dało się z tym cokolwiek zrobić, bo zdecydowana większość ludzi była siłą rzeczy odseparowana od świata i łatwo było im wierzyć, że tworzą jakiś sensowny fenomenologicznie „naród”. Nie było internetu, transport był trudniej dostępny, a prasa głównie w największych miastach. Dzisiejszy świat jest na swój sposób dziwny i niebezpieczny. Wszystko dzieje się z wielkim rozmachem, można zrobić zarówno bardzo dużo dobra, jak i bardzo dużo zła. Świat w zasadzie w jednej sekundzie może ulec zagładzie, ale i dużo łatwiej jest likwidować patologie, bo są do tego narzędzia. Już doświadczenia narodowo-socjalistycznych i komunistycznych reżimów pokazały w pierwszej połowie XX wieku, że mamy do czynienia z nowymi zagrożeniami. Niech nie zwiedzie nas wrażenie, że zlikwidowanie tamtego, oznacza koniec problemów ludzkości i okiełznanie świata. Musimy trzeźwo i racjonalnie patrzeć na rzeczywistość, oceniać ją i przewidywać. Nie ma czasu na zabawy w przepychanki śmiesznych krajów. Osoby rozumiejące to, powinny jak najszybciej działać słowem i czynem na rzecz jednoczenia się świata w kluczowych kwestiach.

Dziś mamy sztuczne, niektórzy powiedzieliby, że „lewackie” zjednoczenie, ale tylko do poziomu zwanego państwem. Wyżej jest anarchia, barbarzyństwo i bałagan – takiego stanu w obliczu możliwości globalnego porozumienia nie powinni lekceważyć ludzie poważni. Lewica, choć często roszczeniowa i pozbawiona analizy, to często miała na swój sposób lepsze wyczucie wszelkich tendencji i to zawsze przynosiło jej „sukces”. Tak było z „reformatorami” Kościoła, tak było z rewolucją „Francuską”, tak było z komunistami, tak jest i dziś. Dziś ta „dobra” część lewicy czuje, że trzeba się jednoczyć, lecz nie umie połączyć tego z czymś sensowniejszym niż sodomie i socjalizm, dlatego potrzebę zjednoczenia muszą przejąć racjonalne obozy polityczne. W historii ta mądrzejsza cześć polityki była zawsze zbyt opieszała i zbyt zadufana w sobie. Nie zreformowano Kościoła racjonalnie i logicznie w tych punktach, gdzie było trzeba, więc ktoś zrobił to „na chama”. Maria Antonina nie „czuła”, że robienie sobie wioski alpejskiej pod Paryżem może zostać źle odebrane podczas suszy, więc niebawem zginęła z rąk rewolucjonistów. Analogicznie, carat nie „przeczuwał” na czas, że świat się zmienia i wkrótce przestał istnieć. W przyszłości racjonalna polityka musi szybko wychwytywać tendencje i nowe możliwości, a nie powtarzać błędy przeszłości, bo opieszałość w działaniu doprowadza do tragedii. Trzeba nam być konserwatywnymi, ale i dynamicznymi oraz pro-rozwojowymi.

Jest jeszcze jeden powód, dlaczego kosmopolityzm jest potrzebny. Zakładając konserwatywną interpretację tego poglądu, czyli ogromną ilość bardzo małych jednostek zarządczych powiązanych unią prawną na możliwie jak największym obszarze, jest szansa na silnej, choć poskromionej przed imperializmem władzy. Nie ma sensu być skrajnym monarchistą i sądzić, że sama władza absolutna rozwiązuje wszystkie problemy, jednak nie da się zaprzeczyć, że silna, scentralizowana władza jest najskuteczniejsza. Problemem jest jej nieprzewidywalność i zależność ludzi od tej nieprzewidywalności. W małych terytoriach ma się to jednak nieco inaczej. Warto więc odnotować cztery cechy władzy w warunkach małych jednostek zarządczych:

- Mała ilość ludzi to małe pole do wszelkich przekrętów, ukrywania złych decyzji, itp., bo skutki wszelkich działań widać jak na dłoni. Im mniejsza dysproporcja ilości mieszkańców do obozu władzy, tym pokusa do przekrętów i szansa na ich sukces mniejsza;

- Władza ma naturalny hamulec moralny, gdyż na swój sposób ze „wszystkimi” ma jakieś relacje. Im mniejsza ilość ludzi jest pod jednym zarządem, tym bliższe i bardziej osobiste są ich relacje;

- Przez większą ilość realnych relacji, ludzie bardziej jawnie mogą stwierdzić, że dane jednostki są wybitne i oddać im cześć oraz poszanowanie, lepiej działa nawet demokracja;

- Z małej ilości mieszkańców nie da się zbudować dużego wojska, czy innych sił zbrojnych, więc nie można za ich pomocą zdziałać więcej, niż tylko utrzymać porządek w rządzonym terenie.

Dobrym przykładem na powyższe zależności jest nadzwyczajny przypadek Liechtensteinu, gdzie żyje niespełna 40 tys. ludzi i w 2003 roku, demokratycznie zagłosowali oni za zwiększeniem zakresu możliwości monarchy i obecnie są one bardzo szerokie. Gdyby połączyć opisane czynniki z rzeczywistością kosmopolitańską, to doszedłby oczywiście ostracyzm złych zarządców przez porównanie z tymi, z okolicznych kultur, a więc szansa dla „wyskokowców” byłaby w zasadzie zerowa, generując pokój i stabilność polityczną.

Wielu czołowych polityków prawicowych stawia sobie jako sztandar hasła dotyczące autonomiczności, suwerenności, itp. Czym jest suwerenność? Ano zasadniczo jest możliwością samodzielnego decydowania o funkcjonowaniu danego obszaru. Taki cel wynika z priorytetowego stawiania interesu kraju, co jest promowaniem zbiorowego hedonizmu, a w najlepszej możliwości witalizmu. Patrząc logicznie, autonomiczność potrzebna jest w tych sprawach, w jakich dany region jest wyjątkowy. W pozostałych kwestiach potrzebny jest dialog, porządek i współpraca. Zrozumiałe jest, że polityk pochodzący z danego kraju, chcący np. zlikwidować socjalizm, musi siłą rzeczy zacząć od tegoż kraju, bo ma tam największe szanse. Wielu jednak mówi tak, jak gdyby siła działania idei przez nich reprezentowanych miała sens tylko w określonej grupie ludzi, czyli żyjących w danym kraju, tak jakby to była ich odrębna, wyższa „rasa”, a inne (niższe) go nie interesują. To nie ma sensu. Kurczowe trzymanie się obecnego stanu jest działaniem bezideowym, bez pomysłu na wykorzystanie nowych możliwości, jakie dają obecne czasy. Wszystkie różnice między ludźmi wynikają z określonych czynników i wystarczy uporządkować pewne sprawy, aby negatywne różnice zanikały. Wielu sceptyków i tak będzie wiedzieć swoje, ale żaden nie zaprzeczy, że obecne czasy są zupełnie inne niż wszystkie do tej pory, spowodowały nieodwracalne skutki, oraz dają nowe możności. Dziś nie wystarczy mówić prawdę o gospodarce, sprawowaniu władzy, ładzie społecznym, czy szacie moralnej, bo to mało kogo interesuje, mało kto się na tym realnie zna. Ludzie są przyzwyczajeni do socjaldemokracji i dokąd nie dostaną nowego, pozytywnego impulsu, który da im wyczuć, że dana ideologia jest świeża i przełomowa, pozostaną przy socjaldemokracji, bo do zniewolenia przywykli, a wielu się nawet zdaje, że im się podoba. Poza tym, rozwój techniczny pozwala żyć na wysokim poziomie pomimo socjalizmu, tyle że organizuje społeczeństwo tak, aby wszyscy harowali jak woły, ale i do tego lud jest przyzwyczajony, więc tak czy owak, aby ruszyć pewne rzeczy do przodu, potrzebna jest większa dawka nowej jakości, niż ta dzisiejsza jakość.

Wolność bytowania i przemieszczania wymaga istnienia wielu małych, równoważnych jednostek władzy publicznej, które ze sobą współpracują. W świecie funkcjonującym na zasadach Konserwatywnego Kosmopolityzmu, zarządcy nie utrudnialiby możliwości zamieszkania w dowolnym miejscu na świecie, nie wprowadzaliby opłat za przekraczanie granic, itp. Tylko w takich warunkach nie tworzyłby się świat kilku prędkości, a regiony bogatsze i biedniejsze istniałyby jedynie na podstawie różnic w logistycznej lub wizualnej jakości położenia, a nie z tego powodu, że władze hermetycznie zamykają społeczeństwa i indoktrynują je kultem wyższości, mając dzięki temu zaplecze militarne do spełniania własnych interesów. Jest to jedyne rozwiązanie, które stanowi połączenie zalet instytucji władzy publicznej z anarcho-kapitalizmem. Wnioskując z faktu, że chęć do rządzenia jest naturalna, oraz dodając do tego korzyści, jakie oferuje władza publiczna, kiedy spełnia swoje właściwe funkcje, należy stwierdzić, że zamiast chcieć eksperymentować z potencjalną tyranią najbogatszych, lepiej postulować zredukowanie ciągotek do imperializmu w ramach instytucji władzy publicznej, poprzez stworzenie bardzo małych i połączonych unią prawną jednostek częściowo autonomicznych, gdzie bez problemu mogłaby funkcjonować władza monarsza, bo nieprzewidywalność byłaby zredukowana przez niewielką siłę zbrojną. Kolejna kwestia to stabilizacja. Nie trudno wymyślić utopijną koncepcję na zasadzie, że ktoś mądry i moralny przejął kontrolę nad światem, a jego jedną z pierwszych decyzji byłoby zlikwidowanie obecnych podziałów, wprowadzenie globalnego kapitalizmu i sprawiedliwego prawa. Nie bądźmy jednak naiwni – zaraz by się znalazło mnóstwo znacznie gorszych moralnie osób, które stanęłyby do wyścigu, aby naszego dobrodzieja zabić i zastąpić na stanowisku, żeby wprowadzić za pewne znacznie mniej sprawiedliwy i mniej racjonalny system. Właśnie dlatego zbyt duża możność nie może być skupiona w jednych rękach. Takich problemów jest dużo, dlatego właściwe rozwiązania muszą być połączeniem tego, co od dawna jest sprawdzone i skuteczne, z dobrze przemyślaną ideą, sprytnie wykluczającą dotychczasowe patologie.

Z etycznego punktu widzenia dość łatwo stwierdzić, że ludzie mają powinność moralną neutralnie traktować wszystkich obcych ludzi, bez względu na pochodzenie, wygląd, rdzenną kulturę, itd., a oceniać ich tylko na podstawie tego, co rzeczywiście sami swoim życiem wypracowali. Wyjątkami od tej zasady mogą być jedynie najbliżsi ludzie, którzy są naszą rodziną z naturalnych przyczyn, lub Ci, z którymi dobrowolnie się związaliśmy. Naczelnym celem prawa na tej płaszczyźnie jest więc doprowadzenie do sytuacji, aby takie postrzeganie było możliwe i żeby żadne czynniki ani podmioty nie mogły mimowolnie narzucać nam nieetycznych rozwiązań. Niektórzy wolnorynkowcy twierdzą, że obecny model makro-polityki jest dobry, bo konkurencja z definicji zawsze jest dobra i jeśli władze państw będą konkurować o jakość prawa, to przedsiębiorcy wybiorą te najlepsze i tam będą rejestrować firmy, a zatem też płacić podatki. Niestety to złudne wrażenie. Konkurowanie jest dobre, gdy środki potrzebne do konkurencji zdobywa się dobrowolnymi metodami, a nie przymusowymi podatkami i zmuszaniem części ludzi do migracji. Dając władzom możliwość konkurowania, czyli ingerowania w nasze życie, znacznie bardziej opłaca im się zatrzymywać nas na miejscu i maksymalnie wyzyskiwać, gdyż jest to bardziej opłacalne niż wychodzenie przed szereg i próba przyciągnięcia kogoś niskimi podatkami. Musiałoby przyjechać skrajnie dużo osób, żeby korzyści z tego rozwiązania były większe, niż wyzyskiwanie i trzymanie na miejscu tych, którzy już są. Geniusz kapitalizmu, jako systemu gospodarczego nie polega na tym, że podmioty mogą konkurować, ale że nikt nie musi niczego kupować. Dopiero z tego faktu wynika, że biznesmeni są zmuszeni konkurować na rynku. Konkurowanie władz publicznych jest więc sprzeczne z wolnym rynkiem, gdyż wymaga nie tylko ingerencji w rynek, ale także inżynierii społecznej, ograniczania naszej wolności osobistej i narzucania nam tożsamości oraz przywiązania do tworu politycznego, tylko dlatego, że się w nim urodziliśmy. Jest to utworzenie monopolu państwa na tożsamość, a więc jest to rozwiązanie nieetyczne i uniemożliwiające obiektywne, sprawiedliwe postrzeganie innych ludzi.

Choć konkurencja krajów jest zazwyczaj patologiczna, to z prozy ich funkcjonowania możemy wyciągnąć jedną, bardzo dobrą lekcję. Dziś, kiedy kraje zarządzają nami i konkurują między sobą, zależy im, aby wewnątrz kraju relacje mniejszych terytoriów były jak najlepsze, pozbawione agresji, utrudnień w przemieszczaniu, a jednocześnie utrzymane zostały pewne elementy unikatowości. Mamy więc darmową i pewną lekcję, jak powinny wyglądać podziały nie powodujące problemów, nie przeszkadzające w wolnym rynku i nie powodujące masowych antagonizmów. Wystarczy przełożyć zasady interakcji tworów typu „województwa” na skalę makro, lecz zastąpić nadrzędne nad nimi państwa – aksjomatami, dającymi prawa podstawowe, których strzec będą wszyscy zarządcy jednocześnie. Kongres zarządców księstw różni się od centralnego rządu światowego w zasadniczy sposób, gdyż dysproporcja opłacalności podjęcia próby zniszczenia owego ładu w imię imperializmu, do jednostkowego interesu każdego z takich zarządców do utrzymania się przy władzy, doprowadziłoby do dbałości zarządców o realnie sprawiedliwe zasady ich wzajemnych interakcji. Właściwą drogą rozwoju podziałów politycznych jest więc minimalizacja wpływu władz na nasze życie prywatne, w tym migracje, oraz zablokowanie możliwości imperializacji, poprzez stworzenie odpowiednich zależności, dla odpowiednio małych terytoriów o tylko częściowej autonomii. Formy władzy zmieniają się, możliwości globalnego porozumienia zwiększają się, a wewnętrzne funkcjonowanie nawet bardzo wielkich państw pokazuje dokładnie, że terytoria mogą nie powodować problemów, o ile odbierze się im pełną autonomię, pozbawi głupich marzeń o imperializmie, zakaże konkurowania, zlikwiduje cła, zlikwiduje utrudnienia przy przemieszczaniu, oraz odpowiednio ustali ich wielkość. Dzięki hipotetycznemu istnieniu wielu dziesiątek tysięcy bardzo małych jednostek, połączonych zasadami uniemożliwiającymi im konkurowanie, łączenie się, ograniczanie migracji czy wprowadzanie socjalizmu, żadna z tych jednostek nie zdecyduje się na bunt, bo będzie zbyt drobna, aby samodzielnie cokolwiek zdziałać, lecz nie będzie w stanie znaleźć na tyle wielu sojuszników, aby próbować zniszczyć taki ład. Po prostu konkurowanie na płaszczyźnie ogólnoświatowej przejdzie na sferę typowo gospodarczą, wolnorynkową, zaś zarządcy publiczni będą regionalnymi gwarantami ładu, pilnującymi interesów ludu i dbającymi o swój prestiż, bo to będzie jedyna płaszczyzna, w której będą mogli konkurować.

Cóż, skoro to takie proste, to w czym problem? Problem tkwi w ludziach. Odruchy wyuczone milionami lat życia w małych grupkach ukazują się niemal równie mocno jeśli chodzi o poparcie dla socjalizmu, co i dla szeroko pojętego nacjonalizmu (kult grupy) lub patriotyzmu (kult terenu). Oczywiście politycy uwielbiają korzystać z jednego i drugiego, utwierdzając ludzi, że te poglądy są właściwe, lecz w praktyce ułatwiają one kontrolę nad ciemnym ludem, a on jeszcze sądzi, że jest wielce oświecony i wybiera sobie władzę. W rzeczywistości politycy dobrze wiedzą, na co ludzie lubią głosować i przekuli tę wiedzę w przewagę, zaś partie różnią się zazwyczaj tylko detalami. Podziały nie rozwijają się dziś adekwatnie do rozwoju ogólnego, bo nikt z zarządców nie ma interesu, aby tak się działo. Wszelkie popularne patriotyzmo-nacjonalizmy różnią się od siebie głównie stopniem gloryfikowania terytorium, z którego się pochodzi. Niemal każdy uznaje dzisiejsze podziały, jako coś fundamentalnego, coś, z czym nie można dyskutować . Choć banalnie proste wydaje się stwierdzenie, iż dzisiejsze podziały są tylko pragmatycznym skutkiem średniowiecznych podbojów i nie ma powodu, żeby się nimi jakkolwiek kierować, to ludzie tego nie zauważają. Przeżywają je nieraz bardziej, niż naprawdę ważne sprawy, nieraz stawiają wyżej, niż swoje życie – zupełnie nie wiadomo po co! Chyba nikt realnie nie wątpi, że świat mógłby funkcjonować w zupełnie innych podziałach. Dowodzi tego pełna różnorodność wielkości terytoriów, ich koalicji, oraz statusów prawnych. Bariera jest taka, że nikt nie uzmysławia sobie błahostkowości obecnego stanu, bo traktuje dzisiejsze podziały bardzo osobiście. Problem polega na tym, że jest to całkowicie złudne odczucie. Niestety to, co miało sens tysiąc lat temu, dziś jest nonsensowne, a nawet szkodliwe. Po pierwsze dlatego, że mamy możliwość globalnego kontaktowania się i ustalania podstaw funkcjonowania w skali globalnej, a po drugie dlatego, że wielkość jednolitych społeczeństw została nienaturalnie zwiększona i nie są one w stanie utrzymać tej jednolitości bez odgórnej propagandy. Może tego dowodzić przykład Kanady, gdzie tuż przed epoką skoku świadomości podziałów, władze kolonii z Wielkiej Brytanii i Francji szczęśliwie się pogodziły, tworząc dziś doskonale funkcjonujące, zgodne społeczeństwo, nawet pomimo bariery językowej. Dokładnie tak samo zgodnie może funkcjonować dowolne inne, gdyż rozwój techniczny daje nam nieporównywalne z historią możliwości. Da się bez żadnego problemu połączyć bezpieczeństwo, standaryzację i wolność z tym, co zostało zniszczone w czasach tworzenia się krajów, czyli z różnorodnością i spontanicznie tworzącymi się kulturami, wynikającymi z wyjątkowości danego miejsca, a nie z odgórnej propagandy. Wystarczy przestać bać się myśleć.

Popatrzmy na dzisiejszą rzeczywistość pełną makro-hedonistycznych państw i weźmy pierwszy lepszy przykład: Fakt 1: Rzeszów z jakichś tam przyczyn leży dziś na terenie kraju nazywanego „Polska”. Fakt 2: Lwów z jakichś tam przyczyn leży dziś na terenie kraju, nazywanego „Ukraina”. W związku z tym, ludzie z tych dwóch miast mają trudne warunki do porozumiewania się na żywo, przemieszczania, czy np. zamiany miejsca zamieszkania. Oba fakty ocenić należy na wynikające z negatywnych przyczyn i przymuszające do pewnych ograniczeń, a więc sytuacja jest bezsensowna. Idźmy dalej: Fakt 3: Szczecin z jakichś tam przyczyn leży dziś na terenie kraju nazywanego „Polska”, tak jak Rzeszów. Wynika z tego, że mieszkańcy Rzeszowa i Szczecina nie mają poza odległością żadnych z wymienionych problemów, które dotyczą mieszkańców Lwowa i Rzeszowa. Po co o tym piszę? Ano po to, że z Rzeszowa do Lwowa jest 165km, a z Rzeszowa do Szczecina jest 800km. Ten wydawałoby się infantylny przykład pokazuje, że kraj jako jednostka władzy publicznej jest patologią, bo jest niedopasowany do istoty człowieka i panujących realiów. Podziały krajowo-narodowe nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, bo zwyczajnie generują sztucznie wielkie skupiska w miarę jednolitych kulturowo ludzi, co jest nienormalne i nienaturalne. Góral, góralowi może być „obcy”, a „bliski” rybakowi. Konserwatywny Kosmopolityzm daje najwięcej indywidualizacji tam, gdzie jest ona potrzebna, oraz najwięcej makro zarządzania tam, gdzie ono jest najlepsze.

Podstawowym założeniem jakiejkolwiek koncepcji kosmopolityzmu jest to, że wszystkie różnice pomiędzy ludźmi wynikają z określonych czynników, więc nie ma ludzi fundamentalnie gorszych ani lepszych, z takimi, czy z owakimi „cechami narodowymi”. Stereotypy to skutki najczęściej zupełnie nieobiektywnych i bliżej nie wytłumaczalnych działań wąskiej grupy decydentów lub losowych czynników. Trzeba sobie uzmysłowić, że jakby w odpowiednim miejscu i czasie, żył odpowiedni „sobowtór” Hitlera pod względem zdolności, to ludzie w dowolnym kraju, zrobiliby dokładnie to samo, co ludzie w kraju pt. Niemcy – oczywiście przy założeniach ceteris paribus. Ani tam nie ma nadludzi, ani tu, ani nigdzie indziej. Ludzie będą mordować się wzajemnie, jak narzucimy im ideologię, która na to pozwala. Alianci nie byli zbiorem żadnych „lepszych” ludzi niż agresorzy w II WŚ. Po prostu przypadki historyczne sprawiły, że w jednych miejscach na czołowych pozycjach politycznych trafili się lepsi ludzie, a w innych gorsi. Wynika z tego, że potrzebna jest racjonalizacja podziałów terytorialnych i relacji międzyludzkich. Nie dbajmy o dobre wartości społeczne tylko w swoim kraju, bo nie jest on niczym wyjątkowym. Wiele osób tak robi, zwłaszcza wśród polityków prawicowych. Ci sami ludzie, którzy deklarują poglądy Katolickie, jak przychodzi co, do czego, kultywują makro hedonizm i znieczulicę wobec innych ludzi na świecie. Jak uważamy jakieś wartości czy rozwiązania za prawidłowe, to należy promować je jak najszerzej. Współpraca i zjednoczenie nie oznacza sztucznej jedności. To teraz jest sztuczna jedność, gdzie mamy utworzone wielkie, nienaturalnie jednolite społeczeństwa. Nie przeszkadza nikomu „jedność” Rzeszowa i Szczecina, oraz różnorodność, a nawet wrogość Lwowa i Rzeszowa. Nie przeszkadza, że góral wysokogórski ma tą samą tożsamość kulturową z rybakiem nadmorskim, a nie ma jej ze swoim kolegą z za szczytu, jeśli dzieli ich granica. Są nawet przypadki, gdzie jedno miasto ma dwie nazwy i jest przedzielone granicą kraju, np. Zgorzelec i Görlitz. Granice nie powinny ograniczać wolności ludzi. Nie udawajmy, że wyśmiewamy dobre wartości, bo nie robimy tego, dokąd magiczna bariera kraju nie zostanie przekroczona. Wtedy nagle nic się nie da, trzeba być sobie wilkiem – bzdura. Można oczywiście narzekać na opisany tu pogląd, bo kraje mają różne gospodarki, interesy, itd. Jednak różne województwa też nominalnie mają różne interesy, różne gminy mają różne interesy, itd. Tu występuje ten sam problem, co wyżej, czyli widzimy rozwiązania i idee, dokąd nie zablokuje wszystkiego „magiczna” granica kraju. Tu nagle jest „stop” i niby nie można pogodzić interesów. Nie prawda. To tylko złudzenie starodawnego myślenia. Ujednolicony kapitalizm i fundamenty prawne o relacjach zarządców można wprowadzić na dowolnie dużym obszarze. Cały problem polega na bardzo sztucznych i głębokich podziałach, powodujących wielkie antagonizmy.

Na kwestię racjonalizacji podziałów politycznych i stosunku do przynależności można patrzeć z kilku punktów widzenia. Albo zastanowić się, jakie podziały polityczne i stosunek do przynależności najpewniej doprowadzą do funkcjonowania globalnego, wolnorynkowego kapitalizmu, albo jakie podziały polityczne i stosunek do przynależności najbardziej oddalają od ryzyka bezsensownej wojny, albo po prostu, które dają najwięcej dobra – i to będzie ta najwłaściwsza droga. Zacznijmy od rozdziału, co lepiej działa w ujednoliceniu, czyli powinno być takie samo w skali całego świata, a co lepiej pozostawić indywidualizacji. Indywidualizacji na pewno lepiej zostawić administrację oraz prawa wynikające ze specyfiki danego miejsca (kultura, historia, ukształtowanie terenu). Zarządca, znając uwarunkowania swojego terytorium, a także odpowiadając za administrację, jest w posiadaniu informacji, które pozwalają mu zarządzać siłami porządku publicznego i rozwojem kultury oraz akcentami etyki. Powszechne zaś powinny być prawa określające podstawowe sprawy etyczne i relacje ludzi, kwestie związane z gospodarką i przepływem dóbr, a także kwestie wzajemnych relacji terytoriów oraz ich charakterystyka. Zasada jest taka, że im szersza współpraca, dbanie o bezpieczeństwo, rozwiązywanie globalnych problemów oraz wolność poruszania się, porozumiewania, pracy i mieszkania, tym lepiej. Kultury zaś powinny być tak małe i na tyle wynikające z realnych przyczyn, aby mogły się utrzymywać bez odgórnej propagandy i izolacji, a w swoich unikatowych sprawach należy dać im lekką autonomię, która nie godzi w szerszy ład. Wtedy będzie i ład, i naturalna różnorodność.

Podstawowa obiektywna płaszczyzna idei Konserwatywnego Kosmopolityzmu to uniwersalne prawo dotyczące relacji i wielkości  terytoriów. Po pierwsze, terytoria muszą być możliwie małe, aby mogły identyfikować się realną, samoistną, unikatową kulturą, nie wymagającą odgórnej propagandy, wynikającą z niepowtarzalności danego miejsca. Podanie konkretnej liczby zawsze będzie obarczone wątpliwościami, ale mimo wszystko można uznać na podstawie historii kultur, że terytoria powinny mieć do około 500 tys. mieszkańców – bez względu na to, czy są wybiórczo zamieszkane, czy to dzielnica metropolii. Jednostki takie są w stanie realnie legitymować się unikatową kulturą, wynikającą z osobliwego połączenia różnych obiektywnych cech, np. krainy geograficznej, złóż naturalnych, strategicznego położenia, klimatu, itp. W Europie, jedyne przyzwoicie zarządzane miejsca, takie jak np. Liechtenstein, mają bardzo mało mieszkańców, jednak można założyć, że przy innych okolicznościach utrzymywanych na poprawnym poziomie, można zachować maksymalną jakość i sens zarządzania publicznego do około 500 tys. mieszkańców. W Europie przykładem na dobrą, częściowo autonomiczną kulturę może stanowić wyspa Man. Wyspa ma własny rząd, jest jednym z tzw. rajów podatkowych. Na wyspie Man nie obowiązują żadne dyrektywy Unijne w sprawie gospodarki, ograniczeń wolności osobistej, itp., bo Man oficjalnie nie jest w Unii. Jednak za zabezpieczenie przed masowym niebezpieczeństwem odpowiada unia z Wielką Brytanią. Patrząc poza Europą, to niemal ideałem są Zjednoczone Emiraty Arabskie. Niewłaściwa jest tam tylko szata moralna w prawie, bo inspirowana Islamem (jednak sam sposób użycia religii do ustanowienia ładu społecznego jest bardzo dobry, bo chociaż jest religia przewodnia, to jest całkowita wolność religijna i są inne kościoły, np. Katolickie). ZEA składają się z siedmiu Emiratów, a w każdym jest władza absolutna (przekazywana z ojca na syna) i niemal całkowity brak socjalizmu. ZEA mają powierzchnię minimalnie większą, niż Czechy (z czego połowa to nieużytek – pustynia) i współpracują tam owocnie władcy z siedmiu składowych emiratów, a także wybierają władze dla całej federacji. Pomimo posiadania tylko jednego, konkretnego surowca (ropy naftowej), ten kraj przez dobre zarządzanie i porządek, doprowadził do sytuacji, że większość PKB generują usługi bankowe i turystyka, z których korzysta zniewolona, skorumpowana i zadłużona Europa. Małe jednostki zarządcze to wyjątkowe kultury, skuteczność, bezpieczeństwo, moralność i dobre układy z pozostałymi. Choć prawo powszechne nie powinno dyktować formy sprawowania władzy, to takie rozwiązanie daje bardzo wiele korzyści ułatwiających zarządzanie, oraz z drugiej strony, ogranicza potencjalne, imperialistyczne zapędy, poprzez relatywnie małe zasoby ludzkie, przez co wielce prawdopodobną techniką sprawowania władzy stałaby się monarchia lub arystokracja, a zatem formy najbardziej skuteczne, lecz pozbawione swojej największej wady, czyli nieprzewidywalności. Co do ilości służb porządku, każde terytorium powinno mieć taką ilość, aby mieścić się pomiędzy najmniejszą, a największą ilością spośród ościennych, biorąc pod uwagę stosunek wydatków na służby bezpieczeństwa do ilości wszystkich mieszkańców, jak również nie mniejszą ilość, niż największa możliwa kooperacja cywilnych sił ochronnych należących do podmiotów prywatnych.

Druga, ważna, obiektywna płaszczyzna do przepływ dóbr i gospodarka. Gospodarka to rzecz jasna globalny kapitalizm wolnorynkowy pozbawiony ceł i różnic w walucie. Zjazd zarządców powinien ustanowić walutę i na podstawie danych administracyjnych ustalać potrzebną ilość banknotów oraz monet, zaś produkcją powinny zajmować się firmy na drodze jawnego przetargu. Wolnorynkowe, dodatkowe waluty powinny być legalne, aby zwolennicy handlu walut mogli się tym zajmować, jeśli uznają to za sensowne. Każdy człowiek, o ile nie jest skazany na pozbawienie lub ograniczenie wolności, powinien mieć możliwość przemieszczania się, kupowania towarów, w tym także ziemi, móc pracować czy prowadzić działalność, gdziekolwiek tylko chce, a prawo nie może w jakikolwiek sposób poróżniać ludzi ze względu na ich pochodzenie czy majętność. Dobrym dodatkiem byłoby też wybranie globalnego, dodatkowego języka, który byłby drugim wobec rdzennego. Oczywiście nikt nie uczyłby go w przymusowych szkołach. Wystarczyłoby umieszczanie na produktach i usługach.

W kwestiach subiektywnych, wiele do wyjaśniania nie ma. Zarządca jest przede wszystkim administratorem danego terytorium, odpowiada za właściwe dane statystyczne potrzebne do obliczenia właściwej ilości służb porządku i innych tego typu celów, oraz zajmuje się rozwiązywaniem znamiennych dla danego miejsca problemów, na przykład zakazuje chodzenia po zboczach gór w okresie lawin, żeby jakiś turysta-laik nie zniszczył wiosek w dolinie. Wszystkie drugorzędne i subiektywne kwestie etyczno-kulturowe również leżałyby w kompetencji zarządcy regionalnego. Ludzie w różnych miejscach na świecie mają wrażliwość wyczuloną na rozmaite zagadnienia. Nie ma sensu zbierać tego „do kupy” i hurtem zakazywać na całym świecie, ale nie ma też sensu laicyzować ludzi na siłę, bo nie staną się od tego filozofami, obiektywnie szukającymi najlepszego światopoglądu, ale łatwymi ofiarami dla patologii. Każdy zarządca regionalny zna specyfikę swojego regionu i wie, czego trzeba zakazać. Pomijając już wspomniane różnice religijne, przez które w jednych księstwach będzie zakaz pożyczki konsumpcyjnej (Islam), a w innych być może zakaz lichwy (pożyczki ponad 10% – Chrześcijaństwo), to najzwyczajniej w świecie, w księstwie Wadowickim być może byłby np. zakaz publicznego poniżania ŚP. Jana Pawła II. Czy taki cios w wolność słowa jest rozsądny, czy nie, to sprawa dyskusyjna. Nie ma jednak wątpliwości, że im bardziej spersonalizowane będą tego typu normy kulturowe, tym większe dla nich poparcie, a i mniej szkodliwości. Poza tym wszystkim, władza pełniłaby funkcję reprezentacyjną i uczestniczyłaby w obradach czy też zjazdach zarządców, współtworząc sferę prawa powszechnego.

Funkcjonowanie ludzkości jest nieskończenie skomplikowane, dynamiczne i nie do końca przewidywalne. Mało jest idei i poglądów, które popiera znaczna większość ludzi. Mimo to, nie ulega wątpliwości, że umożliwienie ludziom globalnego porozumienia znacznie zmniejszy ilość wyznawców fanatycznych poglądów, a ci, którzy przy nich zostaną, będą z czasem powiązani z dużo mniejszymi jednostkami, niż obecnie, co ograniczy zagrożenie z tym związane. Choć w Konserwatywnym Kosmopolityzmie zarządcy będą dalecy pod względem poziomu rozbisurmanienia od swoich historycznych odpowiedników z imperialnych krajów, to jednak leżąca w naturze człowieka chęć do władzy będzie mieć możliwość spełnienia, a sama konstrukcja władzy, wykrzesze najwięcej dobrego z tej fundamentalnej instytucji. Mając bowiem ograniczone możliwości, większość zarządców skupi się na konkurowaniu prestiżem rodziny pomiędzy swoimi odpowiednikami w sąsiednich jednostkach, co skutkować będzie stabilnością i ciągłością władzy przez pokolenia. Odgórny porządek, będący w interesie wszystkich po trochu, zapobieże imperializmowi i zaprowadzi harmonijny, globalny kapitalizm, gdzie będą niemal nieodczuwalne i bezkompleksowe granice terytoriów władzy publicznej, strzegącej tego, czego się strzec innymi sposobami nie da.

Dokąd będą kraje w znanej nam dziś formie, również będą znamienne dla takich podziałów, bezsensowne problemy. Wszelkie śmieszne przepychanki wynikają z tego, że duża możność jest skupiona w rękach niewielkiej grupy ludzi, która to grupa kieruje ogromną ilością zindoktrynowanych do bycia „niemcami”, „polakami”, itd. Potrzeba nam wspierać chęć częściowej autonomii możliwie małych jednostek, a likwidować ze świadomości te wielkie, sztuczne. Logiczną przyczyną do podziałów są różnice logistyczne (jakość położenia), geograficzne, geologiczne, itd. Podziały te nie powinny jednak polegać na całkowitej autonomiczności, ale na współpracy. Idea Unii Europejskiej w tej sprawie jest lepsza niż kraje, ale nie dość dynamicznie działa w intencji likwidowania antagonizmów i sztucznych podziałów, a w wielu innych kwestiach, działa karygodnie, np. gospodarka, profil moralny, itd. W Konserwatywnym Kosmopolityzmie chodzi o to, aby połączyć dobre teorie o zarządzaniu publicznym z rozwojem i nowymi możliwościami. Da się pozostać przy postulowaniu silnej, autorytatywnej władzy i kapitalistycznej gospodarki, a zrezygnować z urabiania do nacjonalizmu, dyktowania, kto, gdzie ma żyć, itd. Wynika to z tego, że dobre prawo i gospodarka, są skuteczne wszędzie, zaś obywatelem powinien być każdy, kto w danym miejscu ma nieruchomość lub pracę. Władza publiczna powinna raz na zawsze pozbyć się patologicznej funkcji, jaką jest dyktowanie ludziom, kim mają być. Władza ma spełniać swoje funkcje prawodawcze i obronne wszystkim swoim obywatelom, którzy to płacą na to podatki, a nie hodować urojenia tożsamościowe. Bardzo ważną wartością, która temu sprzyja, jest wolność osiedlania się, przemieszania i pracy.

Ten postulat po części zapewnia Unia Europejska na swoim terytorium. Problem jest jednak taki, że ten postulat ma za zadanie przede wszystkim likwidować regiony „panów” i regiony „sługusów”. Wymiana, komunikacja i zrozumienie przydaje się zawsze, jednak likwidowanie antagonizmów wewnątrz Europy nie jest wystarczającym krokiem. Dla zoptymalizowania gospodarki potrzebne jest obiektywne rozporządzanie dobrami naturalnymi. Świat dwóch, czy trzech prędkości, z czasem doprowadzi do konfliktu na niespotykaną skalę, a to jeden z głównych powodów, dlaczego należy możliwie jak najszybciej działać na rzecz obiektywizacji podziałów światowych. Mitem jest, jakoby ludy z miejsc, gdzie cywilizacja nie jest tak rozwinięta jak w Europie czy Ameryce, mogły mieć problem ze zrozumieniem rzeczywistości. Faktem jest natomiast, że przy dzisiejszym poziomie skomplikowania funkcjonowania świata, musi on jak najszybciej iść jedną prędkością, a ludzie muszą mieć możliwość zmiany miejsca swojego zamieszkania, bo w innym wypadku będą tworzyły się masowe obozy pracy, co jest zarówno niemoralne, jak i niebezpieczne dla życia na całej planecie. Europa i USA nie mogą siłą trzymać ludzi na dystans. Trzeba zmierzyć się z pytaniem, jaki jest rzeczywisty, możliwy w oparciu o wolny rynek poziom życia bez egzystowania ponad stan. Obecnie żyjemy kosztem miliardów ludzi, cierpiących na przymus pracy poniżej jej rynkowej efektywności. Taki stan nie ma żadnego związku z wolnym rynkiem. W kwestii pragmatycznego przykładu na dobro wolności osiedlania się w dowolnym miejscu wspomnieć można masową migrację za wschodu Europy na jej zachód. To normalne, że są zakątki bogatsze i biedniejsze – o ile wynika to z przyczyn rynkowych, a nie przymusowego odizolowania. Dobrze jak można sobie wybierać, gdzie chce się żyć, a oczywiście każdy wybór ma swoje wady i zalety. W zjednoczonym świecie też by tak było, ale nie dałoby się „hodować” społeczeństw „do roboty” i społeczeństw „do wypoczynku”, jak jest to dziś. Przykładem negatywnym w tej kwestii są ludzie uciekający z Afryki i tzw. „bliskiego wschodu”. Nie tylko muszą nielegalnie uciekać, ryzykując zdrowie i życie, a także ewentualną odsyłkę, ale potem z kolei trafiają do socjalistycznej europy i otrzymując ogromne sumy pieniędzy za nic, odzwyczajają się od zależności praca-pieniądze. Gdyby wolno było uciekać z krajów ekstremistycznego Islamu (regiony ościenne by na to zezwalały, a nawet pomagały), a jednocześnie nie było socjalizmu, to ich problem szybko sam by się rozwiązał – ludzie uciekaliby dla wolności i świat by to widział, w tym patologiczni zarządcy emigracyjnych krajów. Bez socjalizmu ich poziom życia szybko osiągnąłby normę, a nie wzbudzał kontrowersje dotyczące intencji całej migracji. Wszystkie możliwe przykłady otwierania granic na obiektywnych, wolnorynkowych warunkach pokazują, że gospodarka się stabilizuje, a poziom życia obiektywizuje.

Niejako przedłużeniem postulatu dotyczącego wolności przemieszczania, pracowania i osiedlania, jest postulat, że należy znieść wszelkie kontrole i podatki graniczne, oraz najlepiej wprowadzić jedną walutę. Oczywiście najlepiej, jakby masowo, za ustaleniami ogólnymi na całym świecie upadły granice krajów i zniknęły ich konsekwencje, ale do tego daleka droga. Rzecz jasna jakieś granice zawsze będą i w samym tym nie ma nic złego. Mamy granice miast, gmin, województw, itp. Te granice są w porządku. Zła jest natomiast forma i skala granic krajowych. Granica powinna powodować minimum trudności do przekroczenia, tak aby ludzie zupełnie swobodnie mogli je przemierzać, niemal niezauważenie. Gdy będzie inaczej, granica w dalszym ciągu będzie przyczyną do izolowania się i nieświadomości. Różne waluty, nieraz skrajnie odmienne, też są pewną barierą w podróżowaniu i sztucznie zniechęcają do zmiany miejsca. Co równie ważne, powodują zamęt w głowie statystycznego człowieka i mogą być przyczyną do przekrętów. Anarchiści powiedzą, że ludzie muszą mieć możliwość do tworzenia wolnorynkowych walut. Oczywiście mają rację, jednak większość ludzi chce przede wszystkim łatwości płacenia i to pozwala im w pełni bezkompleksowo przemieszczać się. Władze publiczne powinny zatem ustanawiać powszechną, jednolitą walutę, jej nominał i ilość, natomiast nie powinny istnieć zakazy na temat istnienia innych walut, nie powinno być instytucji banku centralnego, a samą procedurę wytwarzania banknotów i monet powinny wykonywać prywatne firmy na drodze jawnego przetargu. Wtedy wąskie grono fanów handlu walutami może się tym zajmować i czerpać korzyści, a większość ludzi ma klarowne warunki, których brak byłby podświadomym hamulcem do rozwoju. Przykładów dowodzących tych postulatów jest mnóstwo. Chociażby pełna częściowo autonomicznych regionów Rosja może być jednym z nich, ale w UE także wiele towarów można przewozić bez podatku oraz można się osiedlać, gdzie się chce, jak również w sporej części waluta jest jedna. To jest o tyle lepszy przykład, że jeszcze niedawno kraje w UE były mocno wyobcowane, o wojnach nie wspominając. Dzisiaj można się bez problemu przemieszczać z bagażem podręcznym przez większość z nich. Trudno znaleźć jakiekolwiek, aspirujące do obiektywnych argumenty przeciwko brakowi opłat i podatków celnych, oraz ujednoliceniu waluty, bo większość znanych, wynika tylko i wyłącznie z nacjonalistycznie ugruntowanej obsesji na punkcie obecnych podziałów. Ułatwianie przemieszczania się i płacenia daje na każdym obszarze obiektywizację gospodarki, lepsze relacje międzyludzkie i brak punktu zaczepnego do bezsensownego społecznie biznesu, jakim są dziś kantory i wszelkie inne konieczne zarabianie na kursach walut. Jedynymi pseudo argumentami mogą być obsesje nacjonalistów i chęć tworzenia jednolitego rasowo i kulturowo społeczeństwa.

U niektórych wciąż może rodzić się pytanie: dlaczego, skoro realną wolność daje rozwiązanie czegoś w sposób odgórny, to jednocześnie, analogicznie nie daje jej np. państwowa medycyna, szkoły czy ubezpieczenia, jak to ma miejsce dzisiaj? Odpowiedź jest bardzo prosta. Od każdej reguły jest wyjątek. Wyjątek ma miejsce wtedy, kiedy nakładają się dwie prawdy; dwa jakieś aksjomaty, z czego jeden jest nadrzędny. Przecież służby porządku i prawodawstwo to też wyjątki. One wynikają z tego, że złodziejstwo, jakim jest podatek, jest mniejszym złem niż totalna anarchia, despotyczne rządy najbogatszych czy inne krwawe i jeszcze bardziej złodziejskie procedery. Są dwie koncepcje wolnościowe na temat walut: jedna w oparciu o praktyczną wolność, czyli maksymalne ujednolicanie środka płatniczego, aby uprościć ludziom kalkulację i zlikwidować zbędne bariery, a druga to typowo libertariańska, wręcz anarcho-kapitalistyczna, nastawiona na maksymalną samowolę, czyli koncepcja całkowicie oddolnie funkcjonujących walut. W przypadku walut, teoretyczna wolność tworzących je, byłaby w praktyce częściej hedonistyczną żądzą do naciągactwa poprzez nagabywanie do wszelakich „wspaniałych interesów”, które kończyłyby się czymś w rodzaju legalnego złodziejstwa, niż zdrową gałęzią rynku i spora część ludzi przywiązywałaby się do jakiejś bardzo regionalnej, sprawdzonej waluty, ale przez to obawiała się podróżować. W konsekwencji do faktu, iż w warunkach kosmopolitańskich dogadanie się co do waluty w skali świata jest czymś technicznie bardzo prostym i nie powodującym kosztów, lepiej postulować praktyczną wolność, bo złodziejstwo podatkowe praktycznie minimalne, wręcz trudne do odnotowania, a korzyść bardzo wymierna. Płacenie jest czymś bardzo fundamentalnym w prozie życia i utrudnianie go dla czysto teoretycznej wolności grupki zapaleńców nie jest dobrym pomysłem. Żeby nie godzić w wolność od uzależnienia od waluty oficjalnej, waluty oddolne powinny być rzecz jasna legalne, jednak powinny angażować tylko tych, którzy naprawdę sami tego chcą, a nie przymuszać wszystkich przez brak tej uniwersalnej. Choć wszelkie dyskusje o innej walucie niż złotówka lub euro są dziś totalną abstrakcją, to właśnie takie, czysto teoretyczne rozważania są najważniejsze, bo one nadają horyzont myślowy do zajęcia stanowiska w bardziej prozaicznych sprawach, a jednocześnie pozwalają na wyrażenie tego, co jest idealnym rozwiązaniem. Zaletą szeroko dostępnych walut jest zwiększenie klarowności płatności, zlikwidowanie zbędnych biznesów, które zarabiają na wymianie walut, oraz zmniejszenie niepokoju przed podróżowaniem. Warto jednak pamiętać, że dziś niemal wszystkie odgórnie ustalane waluty są ściśle powiązane z interesami władzy, a nie od nich oddzielone, jak mówi teoria Konserwatywnego Kosmopolityzmu.

Kosmopolityzm daje jednak o wiele więcej korzyści, niż wolność przemieszczania się, brak ceł czy też możliwość ujednolicenia waluty. Jedną z nich jest możliwość, a nawet powinność wprowadzenia wspólnego, dodatkowego języka, np. angielskiego. Ludzie nienawidzą się między innymi przez sztucznie utworzone bariery językowe, bo zwyczajnie nie są w stanie się dogadać. Ci, którzy uczą się języków obcych z przyczyn ekonomicznych też mają problem, bo muszą zgadywać, co im się przyda. Dzięki kosmopolityzmowi można wprowadzić dodatkowy, wspólny dla całego świata język, załatwiając w ten sposób sprawę globalnego porozumienia. Oczywiście nie chodzi o socjalistyczne, przymusowe nauczanie w formie publicznego szkolnictwa. Owe wprowadzenie musiałoby odbyć się tanim kosztem oraz bezinwazyjnie. Najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie dwujęzycznych nazw produktów, usług, itp. Koszt znikomy, bo firmy i tak umieszczają tłumaczenia w różnych językach, a wtedy robiłyby to tylko w dwóch, ale za to równomiernie. Umieszczanie w tv i radiu informacji „(…) skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą (…)” jest trudniejsze do wprowadzenia, niż ten postulat, a jakoś nawet z tej rangi wymogami nie ma problemu. Nie chodzi przecież o to, aby ludzie byli wielkimi znawcami tego dodatkowego języka. Wystarczy, aby znali go na poziomie swobodnym i komunikatywnym, który umożliwia podstawową komunikację z każdym, a do takiego poziomu najlepiej prowadzi obycie z językiem na co dzień. Sam fakt, że byłaby informacja, który z języków jest oficjalnie uniwersalnym, dałby już bardzo wiele. Poza mimowolną nauką, co bardziej ambitni, mogliby wykupić sobie lekcje w jakichś szkołach i szybciej nabyć umiejętności do porozumiewania się z każdym na świecie. Nie wszystko zrobi się samo. Prawda jest taka, że na świecie jest ogrom języków i ludzie bez możliwości normalnego porozumiewania się, bardzo długo będą likwidować bezsensowne podziały. Nie da się ukryć, że rzadko uczymy się jakiegoś języka, bo akurat nam się wybitnie podoba. Zwykle ma to podtekst praktyczny i ekonomiczny, więc warto bez ponoszenia niemal żadnych kosztów zlikwidować problem porozumiewania się w sposób, który ani trochę nie jest inwazyjny. W związku z powyższym, zamiast w różnych miejscach uczyć się różnych języków, próbując zgadnąć, co się może przydać, lepiej, jakby zarządcy z możliwie jak najszerszej części świata (a najlepiej z całego) dogadali się i wprowadzili angielski, jako dodatkowy język. Wtedy każdy człowiek znałby swój rdzenny język (co więcej, mógłby się on swobodnie rozwijać w danej mikrokulturze, lub zaginąć, jeśli jest niepotrzebny), a równocześnie mógłby dogadać się ze wszystkimi na świecie tym wspólnym, nie tracąc czasu na naukę języka, która działaby się mimowolnie. Trudno zaprzeczyć, że jest to o wiele lepsze niż chaos w tej sferze, jaki dziś mamy. Nie przeczy to także naszej wolności, bo możemy się uczyć, czego chcemy, nie godzi też w godność, bo nauczanie nie byłoby narzucone wbrew woli, a jedynie intuicyjne i samoistne, a to fundamentalnie różne sposoby. Przykład na funkcjonowanie wspólnego języka w ten sposób ma miejsce w Azji, a konkretnie na 1/5 terenu zamieszkałej części świata, czyli w Rosji. Funkcjonuje w niej obecnie: 21 republik, 9 krajów, 46 obwodów, 4 okręgi autonomiczne, 2 miasta wydzielone i 1 obwód autonomiczny. W bardzo wielu z nich jest np. osobny język urzędowy – rdzenny dla mieszkańców, a model gospodarki i podstawowe zasady prawne są wspólne dla całej Federacji Rosyjskiej. Wiele regionów ma swoje rdzenne nazwy i częściową autonomię, a językiem urzędowym wszędzie jest rosyjski i odpowiedni język rdzenny, czyli rosyjski spełnia tu funkcję tego „wspólnego”. Działa to świetnie na niemal całym terenie Rosji. Okazuje się, że niedaleko stąd mamy dość dobry i jednoznaczny przykład na to, że różnice kulturowe, ekonomiczne, religijne czy jakiekolwiek inne nie są przeszkodą dla funkcjonowania kosmopolityzmu, a ludzie wcale nie będą się obsesyjnie mieszać, jak tylko da się im wolność podróżowania. Jedyna, ważna różnica jest taka, że kultura Rosyjska występuje w roli imperatora, co nie miałoby miejsca w kosmopolityzmie, ale to tylko potwierdza, jak dobry jest to system. Również i w kwestii języka dobrym przykładem jest wspomniana już wcześniej Kanada. W Kanadzie mieszkają ludzie z dawnej Francji i Wielkiej Brytanii, a dziś są jednym krajem. Na początku walczyli ze sobą i tworzyli osobne rewiry, ale po latach stworzono tam jedno państwo, gdzie nie ma żadnych konfliktów, a języki urzędowe są dwa: angielski i francuski. Efekt jest taki, że zdecydowana większość mówi po angielsku, bo jest on łatwiejszy. Generalnie, angielski niemal mimowolnie stał się wspólnym językiem świata i aż prosi się, aby ktoś to wykorzystał. To dowód na to, że przy ogólnoświatowym angielskim i zlikwidowaniu bezmyślnej „walki o wolność”, ludzie bez problemu funkcjonują.

Konserwatywny Kosmopolityzm daje też możliwość zdelegalizowania zwrotów i działań, które gloryfikują subiektywizm pochodzenia. Prawo w państwach tworzone jest w interesie ludzi mieszkających w nich, więc zdarza się, że obiektywne absurdy i zbrodnie są tolerowane i traktowane jako subiektywna korzyść. W wolnościowym prawie Konserwatywnego Kosmopolityzmu można, a nawet należy zrównać je prawnie ze zniesławieniem, oszustwem lub propagowaniem nienawiści – w zależności od treści. W prawie kosmopolitańskim, tak jak w każdym innym, rodzi się konieczność prawnego rozwiązania kwestii pomówień. Różnica jest taka, że ma być ono sprawiedliwe dla wszystkich, a nie tylko dla niektórych, z furtką do poniżania innych. W sytuacji, kiedy sądownictwo i karnictwo jest sponsorowane przez podatników, wielu uważa, że obraza i pomówienie w ogóle nie powinny być karalne, bo mogą kosztować podatników i zapychać sądy. Bez socjalistycznego sądownictwa i karnictwa nie musimy chodzić na takie etyczne kompromisy i można dać ludziom pełną możliwość sprawiedliwej walki o swoje dobre imię. W kosmopolitańskich warunkach dobre imię obejmowałoby także obrazę z uwagi na etos kulturowy, a tak częste dziś i powszechnie chwalone działania mające na celu niesprawiedliwe gloryfikowanie ludzi ze względu na urodzenie lub utożsamianie z jakąś grupą, byłyby piętnowane. Takie działanie sprowadza się właśnie do obrazy, lub nawet próby oszustwa. Czymże innym są modne postulaty dodatkowego opodatkowania dla „obcych” supermarketów czy inne tego typu pomysły?! W wolnym świecie coś takiego powinno być karalne, bo jest to poniżanie osób ze względu na urodzenie. Jednym z najbardziej wyrazistych przykładów na wywyższanie się na poziomie kraju/narodu są nieobiektywne i stronnicze komentarze sportowe. Abstrahując od patologiczności sportu finansowanego przymusowo z podatków, trudno nie dostrzec nagminnego narzucania, komu należy kibicować ze względu na pochodzenie. Należy zdelegalizować możliwość bezpodstawnego i obsesyjnego narzucania widzom, że mają kogoś popierać, bo urodził się „tu”, a nie „tam”. Nacjonalizm nie ma nic wspólnego z ideą sportu. Kolejna kwestia to nieobiektywna ocena ludzi i działań. Tutaj również wielokrotnie podziały krajowo/narodowe odcisnęły swoje piętno. Poróżnianie ze względu na pochodzenie ludzi biorących udział w wypadkach czy wojnach, jest typowym przykładem. Ile to razy słyszy się w telewizji, że w katastrofie zginęło np. tysiąc osób, w tym np. trzech „polaków”. Przecież taka informacja zostawia olbrzymi ślad w podświadomości, jakoby „polak” był czymś ponad ludźmi. Każdy zainteresowany i tak wie, czy jego członek rodziny bądź znajomy mógł brać udział w jakimś wypadku, czy nie – taka informacja jest zbędna. Musimy także nauczyć siebie i innych podkreślać realnie istniejące byty, takie jak krainy geograficzne czy miasta, na rzecz marginalizacji sztucznych tworów, jakimi są kraje, bo te niosą za sobą niechciane stereotypy. Nagradzanie i gloryfikowanie ludzi przez pryzmat skuteczności ich działań w wywyższaniu jednego terytorium lub grupy ludzi kosztem innych, powinno być zakazane, jak również czynne prowadzenie takich praktyk czy agitacji dla nich. Może wydawać się to skrajny postulat, ale wcale nie tak dawno, na porządku dziennym było poniżanie czarnoskórych, a dziś karanie za coś takiego jest dla niemal wszystkich czymś oczywistym. W USA na ogromnym obszarze (podobnym do „cywilizowanej” części Europy) żyją ludzie, którzy funkcjonują w odrębnych jednostkach administracyjnych, ale przez brak opisanych w tekście patologii, traktują siebie normalnie; wypowiadają się obiektywnie. Nikt nie widzi w mieszkańcu Luizjany „luizjańczyka”, a jeśli nawet tak, to dlatego i w takiej konwencji, że jest tam coś naturalnego i specyficznego, np. bagna, a zatem zdolność życia na nich jest podkreślana. W europejskich krajach też raczej nie mówimy na kogoś z innego województwa „świętokrzyskanin”, a nawet jeśli tak, to w konwencji odwołującej się do nietypowego środowiska, np. „ślązacy” przez przemysł górniczo-hutniczy i specyficzny akcent. To jednoznacznie dowodzi, iż kiedy jednostki są mniejsze i niema między nimi twardych granic, to ludzie traktują się bardziej indywidualistycznie i nie mieszają miejsca zamieszkania z określeniami wartościującymi. Co do sportu, przykładem na rozdzielność zmagań od nacjonalizmu, może być sytuacja, kiedy rywalizują zawodnicy czy drużyny z innych krajów niż komentator i wynik nie ma wpływu na klasyfikacje kraju komentatora. Takie neutralne zmagania, bez obsesji na punkcie jednego zawodnika/drużyny, a z nastawieniem na sam wynik sportowy, są dużo ciekawsze i lepiej spełniają idee sportu. Wszyscy, których w takich warunkach sport nie interesuje, są tylko nacjonalistami, a nie fanami sportu. Oczywiście, każdy ma jakieś sympatie w sporcie. Sympatie do realnie znanych i miejscowych zawodników są dużo lepsze, niż do sztucznie powiązanych z nami, krajowych. Najlepsze są jednak takie, które wynikają z dopasowania naszych, subiektywnych cech charakteru, temperamentu i poglądów do profilu danego sportowca. Jeśli chodzi o patologiczność gloryfikowania ludzi ze względu na ich deklaracje na temat tożsamości i terytorium politycznego, czy tym bardziej działanie na szkodę innych, to najprostsze będzie wyobrazić sobie, jak mogą być odebrane takie działania w innych miejscach. Wniosek klarownie ukazuje, że działania takie nie dają obiektywnych korzyści, są więc niegodne polecenia i chwalenie takich praktyk należy krytykować.

Na tym polega rozwój i pisanie historii, że wszystko kiedyś było nowe, a z czasem jest stare. Narody i państwa wykastrowały wszystkie kultury wewnątrz siebie, jak tylko się da. Wszystkie kroki cywilizacyjne działy się wtedy, kiedy mogły. Teraz może zadziać się właśnie ten – kosmopolitański. Część zadań administracyjno-obliczeniowych mogą robić komputery i to jest wielki kapitał oraz możność. Jednak człowiek ma kilka zasadniczych atrybutów i cech, jakich komputery nie posiądą. Jest to kreatywne myślenie, wolna wola, sumienie, relacje z innymi, itd. Właśnie ze względu na nie, człowiek jest potrzebny jako zarządca małych jednostek, jak również jest potrzebny, aby podejmować kluczowe decyzje na poziomie całego świata. Nie ma żadnej różnicy jakościowej pomiędzy ludźmi w różnych krajach, do tego obecne podziały generują marność zasobów i pracy w bardzo wielu sferach, które idą na dziecinne przepychanki. Aby rozwiązać problem z patriotyzmami i nacjonalizmami wystarczy otworzyć oczy, a potem otwierać oczy tym, którzy się nie interesują sprawami ideologicznymi, bo im jest trudniej, gdyż biorą przykład „z góry”. Konserwatywny Kosmopolityzm jest zwyczajnym wnioskiem z nowych możności, jakie daje dzisiejszy świat. Szkoda, że większość polityków żyje w tej kwestii w świadomości z XIX wieku. Pamiętajmy, że co jak co, ale niszczenie się nawzajem jest bez sensu, a o wiele lepsza jest współpraca i zdrowa konkurencja. Jest to teza tak fundamentalnie nie do obalenia, iż trzeba być fanatykiem, aby tego nie widzieć. Przed ludzkością za „x” lat staną jakieś „dziwne”, nieznane dotąd problemy. Lepiej, żeby świat był okrzesany i racjonalnie podejmujący decyzje, a nie uwikłany w walki kogutów, bo teraz właśnie tak to z boku wygląda. Obecne podziały wynikają z przypadków. W normalnej sytuacji kultura, język, itp. zmieniają się mniej-więcej płynnie. W dzisiejszych podziałach jest długo, długo nic, a potem nagle granica. Historia jaka jest, wiadomo, ale skądś się ona bierze i podobnie jak poprzednie pokolenia, tak i my musimy ją pisać adekwatnie do okoliczności, a nie jak gamonie, ale i nie jak „frajerzy”. Do tak uwielbianej przez prawicowych polityków „polski” można było przypisać w IX-X wieku te same epitety, które dziś przypisuje się idei Unii czy kosmopolityzmu ogólnie. Pamiętajmy, że wartości moralne nie mają nic wspólnego z obecnymi podziałami, a przynależność kulturową powinniśmy kreować logicznie, a nie emocjonalnie. Przy odrobinie chęci, każdy sam sobie może znaleźć pokrycie w rzeczywistości tych postulatów. Ani „polacy”, ani „państwo polskie” nie jest nikomu do niczego potrzebne. W jego miejsce mogą powstać setki ciekawych i różnorodnych kultur, swobodnie współpracujących, konkurujących i porozumiewających się z innymi ludźmi na świecie.

Ludzie kojarzą wolność z kultem podziałów, bo przez większość historii świata, to nie szczegóły prawne decydowały o wolnośći, ale życie w terytorium, które uznaje ich jako obywateli pierwszego sortu, a nie np., niewolników. Od dziecka chodzimy do przymusowej szkoły w której słyszymy na lekcjach historii, że życie w autonomicznym kraju zarządzanym przez przedstawiciela naszej grupy etnicznej, to jedyny pewnik, że będzie wolność. Takie postrzeganie było głównym w zasadzie do upadku komunizmu. Wciąż jest ono głównym na przykład w Afryce. Silnie utarta koncepcja wolności jako autonomii politycznej „naszej władzy” polega na dążeniu do niepodległości terytorialnej. Przez długie wieki podbici ludzie stawali się sługami, często nawet niewolnikami, a zwycięzcy byli wolni. Mało kto w ogóle brał pod uwagę sytuację, w której dominujący podmiot władzy publicznej nie poniża podbitego terenu w żaden sposób. Było to niejako oczywiste i głównie po to toczono wojny. Jeszcze w czasach PRL-u słowo wolność było najczęściej używane nie w kontekście wszelkiej osobistej czy gospodarczej swobody, a właśnie w odniesieniu do rzekomego agresora i okupanta, czyli Związku Radzieckiego. Istotność tej koncepcji wolności spada wraz z rozwojem technicznym i świadomościowym. W cywilizowanym świecie coraz rzadsze są przypadki, kiedy mniejszości etniczne, religijne czy jakiekolwiek inne wynikające z pochodzenia są przedmiotem niższego traktowania z punktu widzenia prawa. Dzięki rozwojowi techniki stoimy przed faktem, że mamy świadomość skończoności dóbr i znamy ich ilość. Dobrem jest nasza planeta, przez co nie ma sensu bezmyślnie tłuc się o wolność, ale dojrzeć do tego, aby wprowadzić sprawiedliwe zasady pokojowego i cywilizowanego korzystania z naszej planety. Dojrzałe podejście do tematu generuje wnioski, że władza publiczna musi przestać zajmować się migracją, hodowaniem nas w zamkniętych „gettach” oraz udawaniem, że walczą o naszą wolność, gdyż wolność może dać tylko i wyłącznie globalne porozumienie. Czasy sensowności walki o wolność, rozumianej jako niepodległość wobec innych podmiotów władzy publicznej minęły. Nie ma znaczenia, jak nazywa się dane terytorium, nie ma też potrzeby, aby było w pełni niepodległe, czyli w pełni autonomiczne. Władze powinny dążyć do ograniczania swojej autonomii na rzecz porozumienia, bo to daje stabilność, a potem decentralizacji obecnych państw, gdyż są one znacznie większe, niż optimum do efektywnego zarządzania. Władza publiczna musi zredukować się do pragmatycznej instytucji spełniającej dwie prozaiczne funkcje: ład oraz bezpieczeństwo i przestać wciskać ludziom „kit” o urojonych wartościach związanych z post-średniowiecznymi podbojami, nie mającymi dzisiaj żadnego znaczenia. Niepokojące jest to, że osoby uważające się za propagatorów wolności promują nacjonalizm. W Konserwatywnym Kosmopolityzmie tożsamość wynikałaby z realnej chęci do bycia w danej kulturze i do realnie znanych więzów rodowych.

W wielu pro patriotycznych i pro nacjonalistycznych tekstach, które aspirują do bycia logicznymi, zawsze są jakieś błędy. Najczęstszy błąd to udawanie, że wszelkie dobre wartości nie mają sensu bez sztucznych krajów. Pisze się, że na wojnie „oczywiście trzeba walczyć”, a jeśli wojny nie ma, to patriotyzmem jest dawanie dobrego przykładu, dbanie o rodzinę, świadomość historii, itd. Fakty są takie, że sens wartości moralnych wynika z naszego człowieczeństwa, które można stwierdzić po cechach człowieka i metafizycznych okolicznościach naszego życia. Relacje rodzinne i ze znajomymi są fenomenologicznie i biologicznie uzasadnione. Kraje i narody nie są. Techniczny problem we wprowadzaniu zmian to socjaldemokratyczne grupy interesów, które nas indoktrynują, jednak ich siła zależy tylko i wyłącznie od liczebności chętnych do zmian. Naturalne kultury są wybite jak mamuty i mamy sztuczną równość oraz jedność narodu, zamiast płynnych i racjonalnych zmian kulturowych. Przez propagandę grup trzymających władzę, niemal każdy człowiek uznaje stan obecny za tzw. status quo. Nikt nie zaprzeczy, że dobra jest np. wolność podróżowania, obiektywna ocena innych ludzi, itd. Blokada pojawia się, kiedy padają terminy „polska”, „polak”, „niemiec”, itd. Częściową autonomię w sprawach dotyczących swojej wyjątkowości i specyfiki powinien mieć każdy mały region, który naturalnie i bez odgórnej propagandy może legitymować się jakąś kulturą. Cała reszta spraw powinna być objęta unią z pozostałymi. Taki jest racjonalny stosunek do przynależności, czyli maksymalizacja dobra oraz korzyści, a nie szaleńczy fanatyzm oparty o makro hedonizm, zdecydowanie niegodny łączenia z etyką Chrześcijańską.

Skoro zostały określone już wszystkie podstawowe sprawy, potrzebne do zrozumienia i poparcia Konserwatywnego Kosmopolityzmu, to czas na kilka rad, co już dziś można robić, aby zbliżać się do docelowego stanu w takich warunkach, jakie są. Przede wszystkim nie można bać się mówić o problemie podziałów i nacjonalizmu. Podstawą jest popularyzacja tendencji kosmopolitycznych. Gdyby uzyskały one chociaż 10% poparcia w UE, to zapewne zostałaby uchwalona jakaś ustawa o dodatkowym, wspólnym języku, gdyż to jest najprostszy, kolejny krok (oczywiście zakładając, że wspólna waluta, wolność zamieszkania, pracy i podróżowania już by była). Dużo zmieniłby on na plus i dał fundament pod dalsze działanie. Kolejnym krokiem powinno być zlikwidowanie granic obecnych krajów i takie uformowanie granic nowych, mniejszych jednostek, aby regiony ościenne dawnych podziałów stanowiły jednostki połączone. Unia powinna zarządzać ogólnym profilem gospodarki (oby nie w tym kierunku, co teraz), językiem, relacjami z resztą świata, itd. – wszystkim tym, co lepiej robić w skali makro. Dalej, pozostaje mieć nadzieję, że po kilku-kilkudziesięciu latach, kolejne części świata będą wzorować się na Europie. Zapewne zwiększać się będzie łatwość komunikacji i trudność w ukrywaniu prawdy, więc także odcięte od świata społeczności zrozumieją, jak funkcjonuje rzeczywistość, co doprowadzi do utraty siły sprawczej podmiotów, które utrzymują masy ludzi w ciemnocie i zamknięciu. Dalsze prognozy są zbędne, bo zbyt dalekosiężne i trzeba robić je na bieżąco. Nie można bać się przełamywać tabu ciepłych, poprawnych politycznie kapci pt., „patriotyzm”. To mogło być dobre 100 lat temu, może nawet 50, ale nie dzisiaj. Każda zmiana we właściwym kierunku jest ważna. Jeśli zaś chodzi o podstawowe postulaty, to na pewno warto zawsze i wszędzie postulować to, co daje układ Schengen w Unii Europejskiej, czyli wolność podróżowania, mieszkania i pracy – z tym, że w skali globalnej. Nie może istnieć coś takiego jak „nielegalny imigrant”. Zalew problemogennych uchodźców to nie wynik otwartych granic, ale rozdawnictwa socjału. Należy też nauczyć się dostrzegać nacjonalistyczną propagandę i jej skutki. Narracja wokół nas jest taka, chociażby w komentarzach sportowych, że z definicji mamy narzucane, kogo mamy faworyzować. Choćby zawodnik z drugiej części świata był nam bliski pod wieloma względami, to propaganda lub ludzie żyjący jej skutkami i tak spróbują nam wmówić, że to podziały polityczne muszą decydować o tym, kogo będziemy popierać. To nie jest normalne i z tym trzeba walczyć!

Należy także zwrócić uwagę na aspekt emocjonalny całego problemu. Musimy zmienić obecną narrację – emocje muszą obrócić się przeciwko podziałom. Lud na całym świecie musi mocno znienawidzić te zatwardziałe układy, przez które politycy narzucają nam skalę porozumiewania i poczucie tożsamości na warunkach, które są wygodne dla nich. Cały problem z patriotyzmami i nacjonalizmami tkwi w tym, że niemal każdy człowiek emocjonalnie podchodzi do problemu, a emocje są dziś po stronie nacjonalizmu. Ludzie nie czują tęsknoty do znacznie bardziej naturalnych kultur utraconych przez średniowieczne podboje, bo nie dostrzegają sensu do  samostanowienia o własnej tożsamości w warunkach prawnych, które zapewniają każdemu pełną wolność. Dziś władze zbrojnie i propagandowo przypisują dany skrawek pewnym ludziom, nadając im zupełnie zbędne, nadludzkie przywileje oraz demonizując domniemanych obcych. Zamiast traktować wszystkich obcych sprawiedliwie, żyjemy w urojeniu, że obcy nam ludzie dzielą się na bardziej i mniej obcych, podczas gdy w rzeczywistości każdy człowiek jest podmiotem, którego można indywidualnie ocenić tylko w oparciu o znajomość jego świadomych decyzji. W tekście używany jest termin „sztuczne” do określania podziałów krajowo/narodowych. Ktoś może spytać – dlaczego – przecież większość się z nimi zgadza? Otóż o ile uważanie się za: górala, rybaka, warszawiaka, katolika, człowieka, itd., ma sens, bo odwołuje się do realnie istniejących bytów: styl życia w określonym terenie, zawód, miejsce zamieszkania, poglądy, przynależność biologiczna, itd., o tyle uważanie się za „polaka”, nie bardzo różni się logicznie od Hitlerowskiej rasy „aryjskiej”. Jedynym spoiwem dla ludzi na tak wielkim terenie jest tylko i wyłącznie subiektywizm historyczny. Uważanie się za „polaka” oznacza, iż twierdzimy, że w jakiś „magiczny” sposób, z chaotycznie podbitych i przez lata utrzymywanych zbrojnie, polonizowanych ziem, nagle „wykluł” się cudownie funkcjonujący i jednolity naród. Bzdura. Zwyczajne procesy socjologiczne wynikające z upływającego czasu, plus rozwój kulturoznawstwa, środków przekazu i transportu, a potem także szybki rozwój technologiczny sprawił to, co jest. Nie ma w tym żadnej wartości. Zwykły skutek nieświadomego przymusu.

Na koniec czas wspomnieć o tym, czym Konserwatywny Kosmopolityzm różni od innych, w tym także lewicowych koncepcji kosmopolityzmu. Po pierwsze, nie jest on powiązany ze znanym sloganem o treści: „moją ojczyzną jest świat”. Jest to slogan fundamentalnie bezsensowny, bo nie chodzi o to, aby operować skalą wielkości „ojczyzny”, tylko aby zmieniać punkt widzenia z makro-egoizmu na racjonalny obiektywizm. Jakby na Ziemi wylądowało „ufo”, to także należy traktować ich podmiotowo. Kolejne, z czym kosmopolityzm może się kojarzyć to laicyzm moralny. Oczywiście, pozostając na płaszczyźnie marzeń, najlepiej jakby udało się odnaleźć prawdę w sprawach etycznych i włączyć ją do grona uniwersalnych zasad. Niestety przyjęło się, iż jest to niemożliwe, więc lepiej narzucić wszystkim brak zasad, czyli laicyzm moralny, niż uniemożliwić kosmopolitańskie porozumienie z tego powodu. Na szczęście żadne obiektywne dane nie wskazują, jakoby życie ludzi z różnych kultur i o różnych poglądach w prawie inspirowanym jakąkolwiek, nawet stosunkowo radykalną etyką stanowiło problem, o ile tylko owe prawo nie jest opresyjne i nie ingeruje w prywatne sprawy. Dowodem mogą być Zjednoczone Emiraty Arabskie, gdzie procent imigracji jest najwyższy na świcie (ponad 80%), a jednocześnie poziom zarobków, jakości życia, bezpieczeństwa czy wolności jest jednym z najwyższych na świecie. Kosmopolitańskie prawo musi zakazywać prewencji, czyli karania za czyny niejednoznacznie patologiczne oraz nakazywać, aby jednoznaczne patologie były karane. Nawet jeśli regiony będą różnić się pod względem stwierdzenia tychże jednoznacznych patologii, to znacznie lepiej, jeśli siłą rzeczy część się trochę pomyli, niż jeżeli nie będzie żadnych zasad i wszędzie, każda patologia będzie mogła być nachalnie promowana. W regionach Chrześcijańskich będzie zakaz lichwy, a w regionach Islamskich będzie całkowity zakaz pożyczek konsumpcyjnych. W regionach Chrześcijańskich będzie zakaz bycia publicznie odurzonym, w regionach Islamskich będzie zakaz publicznego picia alkoholu. Nikomu żadna tragedia się z tego powodu nie stanie, w przeciwieństwie do prawa liberalnego moralnie. Inną, kojarzoną z kosmopolityzmem praktyką jest chęć niszczenia kultur i ujednolicania. To postulat socjalistycznego kosmopolityzmu. Konserwatywny Kosmopolityzm jest tego przeciwieństwem. Jeżeli oczywiście jakiś element danej kultury jest ewidentnie patologiczny, np. kasty w Hinduizmie, należy uczynić wyjątek, na podobnej zasadzie, jak przy korzystaniu z wolności ogranicza nas wolność innych ludzi. W ogólności jednak Konserwatywny Kosmopolityzm nie zawiera żadnych elementów inwazyjnych. Konserwatywny Kosmopolityzm nie jest żadnym lewicowym „multi-kulti” – ludzie nie zaczną się masowo mieszać. Nie jest też żadnym narzucaniem wspólnego języka – jedynie jego zaoferowaniem. Kosmopolityzm nie jest również narzucaniem jakiejś nowej tożsamości – każdy sam sobie ją ustali, a kultury wartościowe przetrwają na zasadzie naturalnej selekcji. Z tych właśnie przyczyn opisywane stanowisko mieści się w ramach konserwatyzmu. Nie neguje ono żadnych sprawdzonych idei: stosunku do gospodarki, stosunku do sposobu sprawowania władzy, ładu społecznego, itd., Zgodnie z rozwojem technicznym postuluje się jedynie zwiększenie skali relacji opartych o prawo, względem tych, opartych o argument siły, tak jak w starożytności i średniowieczu zmieniało się to z plemion na państwa. Wymaga to zmiany prozy relacji politycznych i rezygnacji z pełnej autonomii, ale nie ma żadnego konserwatywnego aksjomatu, który nakazywałby bezmyślność i stagnację w sytuacji ogromnych zmian w prozie funkcjonowania świata. Nie bójmy się zmian, kiedy jawnie nie widać w nich przesłanek zła. Złem są bezpodstawne antagonizmy. Kosmopolityzm jest szansą na uniknięcie masowych tragedii, takich jak wojny. Kosmopolityzm jest szansą na zwiększenie rozwoju i synergii, przez eliminację sztucznych antagonizmów. Kosmopolityzm jest szansą na wzbogacenie świata o różnorodność, przy zachowaniu ładu i bezpieczeństwa. Nie można patrzeć tylko na przeszłość, a nie dostrzegać potencjału przyszłości, bo wiecznie będziemy stać w miejscu.

Podsumowując, masowe uznawanie podziałów politycznych za coś definiującego tożsamość to stosunkowo nowy problem. Odkąd ludzie przestali musieć walczyć o przetrwanie, czyli odkąd wódz jednego z plemion podbił inne i stworzył państwo, płaszczyzna dbania o przetrwanie przeniosła się na płacenie podatków, a potem przez całe setki lat ludzie nie mieli pojęcia, że są ujednolicani w jakimś wielkim, wielomilionowym tworze. Dla 99% ludzi stało się to jasne dopiero koło XIX wieku, kiedy to wiedza na temat podziałów politycznych na świecie zaczęła być jawna. Wtedy, wyuczone przez miliony lat odruchy do walki o przetrwanie uaktywniły się, bo pojawiła się świadomość istnienia domniemanego wroga. Zmieniło się tylko to, że z kilkunasto tysięcznych, realnych, oddolnych kultur, ludzie mimowolnie stali się członkami wielomilionowych kultur, zarządzanych przez garstkę ludzi, a to w przeciwieństwie do plemion jest niebezpieczne, o czym dowiedzieliśmy się za pośrednictwem I i II wojny światowej. Choć idea jako całość jest niesprawdzona, to jednak wiele jej poszczególnych elementów miało miejsce w historii lub ma miejsce nadal i funkcjonują bardzo dobrze. Wspomniany przykład Kanady, która raptem kilkaset lat temu była zwaśnionymi krajami, a teraz zupełnie pokojowym społeczeństwem, może być inspiracją do odrzucenia fundamentalności podziałów, zaś relacje terytoriów częściowo autonomicznych, czy to w USA, Rosji lub Chinach, pokazują, jak w bardzo prosty sposób, wyłączając dążenia do pełnej autonomii i zamykania granic, można zlikwidować mnóstwo patologii, antagonizmów i bezsensownych niebezpieczeństw. Wystarczy uświadomić sobie, że zmiana jest możliwa, bo dzisiejsza technika daje nam takie możliwości, a potem uświadamiać kolejne osoby. Hans-Hermann Hoppe – filozof i ekonomista, definiując swój wymarzony system podziałów i sposobu sprawowania władzy, użył kiedyś stwierdzenia „Europa tysiąca Lichtensteinów”. Liechtenstein jest to małe, niespełna 40 tysięczne księstwo w Alpach. Nie rządzi tam demokracja, a monarcha dziedziczny i jest to miejsce będące w ścisłej czołówce światowej pod względem zarobków, wolności czy moralności. Jak już zostało wspomniane, racjonalna wielkość księstwa kosmopolitańskiego to ok. 500 tys. mieszkańców. Jest to ilościowo tyle, ile ma Wielkie Księstwo Luxemburga. Patrząc zaś na średnie zagęszczenie ludności na świecie, księstwa miałyby statystycznie wielkość taką, jak główna wyspa Danii, czyli Zelandia. Po przeliczeniu wychodzi, że na świecie byłoby ok. 15 tys. księstw. Wydaje się dużo, ale zimą pod dużą skocznią w Zakopanym jest na zawodach drugie tyle kibiców, więc z pewnością da się nawet na żywo organizować zjazdy zarządców. Parafrazując p. Hoppe, postulat dla podziałów w ramach Konserwatywnego Kosmopolityzmu to: Świat piętnastu tysięcy Luxemburgów!