TU KONSERWATZYM PRZESTAJE BYĆ UWSTECZNIAJĄCY…

Prywatne sądownictwo i karnictwo

Każdy szanujący się wolnorynkowiec wie, że w dowolnej gałęzi gospodarki, jeśli tylko damy dobre prawo, to kapitalizm okaże się lepszym systemem, niż socjalizm. Jedynymi wyjątkami od tej reguły są te płaszczyzny, które muszą być państwowe, bo przez niekorzystne rozłożenie majętności i interesów w społeczeństwie, inaczej nie da się ich zorganizować. Jest bardzo duża różnorodność koncepcji, które z gałęzi rynku należą do tego nieszczęsnego grona, a które nie. Poza wyznawcami anarchio-kapitalizmu, w zasadzie wszyscy zwolennicy jakiejkolwiek władzy publicznej uważają, że minimum stanowi dbanie o służby porządku, prawodawstwo oraz sądownictwo z więziennictwem. Problem w tym, że o ile prawo, może nawet bardzo surowe, musi być tworzone przez organ władzy publicznej, o tyle sądy i więzienia mogą być całkowicie urynkowioną gałęzią rynku. W tym materiale zostanie wyjaśnione, dlaczego sądownictwo i więziennictwo można, a nawet trzeba wyrzucić z grona przymusowo fundowanych i obsługiwanych przez władze publiczną, oraz jak mogłoby funkcjonować na wolnym rynku.

Zacznijmy od ogólnej teorii tego, jak powinny działać sądy wolnorynkowe. Załóżmy, że jest spór o 100zł, bo zakupiono wadliwy sprzęt za taką sumę, a sprzedający nie chce oddać pieniędzy. Poszkodowany zgłasza się do sądu A, który cieszy się jakąś tam opinią i nie w jego interesie jest ją pogarszać. Poszkodowany nie płaci żadnej zaliczki – bo zgodnie z prawem, sąd ma obowiązek pobrać opłatę dopiero po procesie i ponosi ją osoba, która go przegrywa. Załóżmy, że poszkodowany wygrywa i pozwany ma oddać 100zł oraz opłacić proces. Jeśli pozwany się nie zgadza, to może skorzystać z usług sądu B, ale wie, że jeśli przegra, to będzie miał więcej kosztów sądowych do pokrycia, więc musi w swoim sumieniu rozważyć, czy jest winien, albo z cwaności przeanalizować, czy jest w stanie nabrać sąd, jeśli wie, że to jego wina. Jeśli pozwany zdecyduje się na sąd B, a ten orzeknie o jego winie, to koniec i pozwany nie ma prawa się odwoływać. Jeżeli zaś został uniewinniony, to inna sprawa. Jeśli w ten czas pozywający zgadza się z nowym wynikiem, to pokrywa koszty obu spraw i spokój. Jeśli nie, to ma prawo do odwołania i załóżmy, że tak właśnie się dzieje. Historia na ten moment wygląda tak: sąd A zdecydował o winie pozwanego, pozwany się odwołał do sądu B i ten dla odmiany przyznał jemu rację, ale oskarżający nie zgadza się z nowym wyrokiem. Wtedy ma dwie możliwości. Pierwsza polega na tym, że poszkodowany oskarżyciel idzie do sądu A i jego sąd ma obowiązek ustalić wspólny werdykt w danej sprawie z sądem B, lub, jeśli nie jest w stanie, znaleźć inny sąd (za zgodą sądu B) – nazwijmy go C, który zadecyduje w imieniu A i B. Druga możliwość, to od razu iść do innego sądu, nazwijmy go D, jeśli sąd A stracił wiarygodność w oczach poszkodowanego. W obu przypadkach, jeśli wspólne działanie sądów A i B, ich przedstawiciela C, lub sądu D, orzekną o uniewinnieniu pozwanego, to sprawa definitywnie się kończy, gdyż padły dwa wyroki z rzędu o tej samej decyzji. Jeśli jednak w dowolnej z dostępnych opcji to pozwany przegrywa – podobnie, ma on prawo do odwołania, jednak już ostatecznego. Wtedy, ma on wybór, czy powołuje sąd E, który we współpracy z A, B i C lub A, B, i D orzecze ostateczny wyrok, czy zleca sądowi B, aby ten w jego imieniu ponownie rozpatrzył sprawę z pozostałymi, albo wyznaczył jakiś sąd do pomocy przy wspólnych obradach. Sądy miałyby oczywiście jakiś tam krótki, ustawowy czas na te czynności, żeby zapobiec przedłużaniu się spraw. Są różne koncepcje, ile odwołań można przyjąć (przy założeniu o zmiennych, naprzemiennych wyrokach), jednak najrozsądniejszą opcją jest taka ilość odwołań „na głowę”, ile jest stron w danym sporze, czyli w tym przypadku, po dwa odwołania dla każdej strony, przy czym każde rzecz jasna powoduje zwiększenie kosztów finalnych za usługę dla strony, która przegra.Oczywiście odwołanie przysługuje tylko wtedy, jeśli orzeczenia sądu są naprzemienne.

Druga część teorii to więziennictwo, choć nie do końca tylko ono. Dziś kojarzymy kary z więzieniem, ale w wolnościowym i moralnym zarządzaniu, dużo lepszą nazwą jest karnictwo, bo w wielu przypadkach, skazany nie musiałby wegetować w zamknięciu, jak ma to miejsce dzisiaj, więc potrzebne byłyby firmy, które dopilnują jedynie spłaty zadośćuczynienia plus kosztów działania firmy. We wszystkich sprawach, gdzie nie było woli do złego uczynku, sprawca nie powinien być nijak izolowany. Brak takiej zależności to jedna z głównych patologii dzisiejszego systemu. To jednak tyle na temat nazewnictwa. Kluczowa dla teorii jest bowiem kwestia wypłacania odszkodowań, finansowania i doboru zakładów karnych. Zakład generalnie jest po to, żeby natychmiastowo wypłacić poszkodowanym i kasie publicznej odpowiednie ilości pieniędzy, a dopiero potem zająć się odebraniem należności od skazanego i ewentualnym zadbaniem o to, aby odczuł karę. Dzięki takiemu rozwiązaniu, priorytetowo załatwiane byłyby należności wobec poszkodowanego. Niestety, ze względu na różne priorytety, zakłady karne musiałyby różnicować traktowanie skazanych ze względu na to, jaki był charakter ich przewinień. Zajmijmy się więc przeanalizowaniem tego, czym różniłby się przebieg kary za drobne nieświadome przewinienia, nadużycia, średnie przestępstwa, oraz najcięższe, świadome zbrodnie. W nieświadomych przewinieniach sprawa jest prosta – skazany naprawia szkodę i płaci koszty procesu. W przewinieniach podobnie – skazany naprawia szkodę i płaci koszty procesu, a do tego jakieś niewielkie zadośćuczynienie. Firma karna stosowałaby jakieś formy ograniczenia wolności czy przymusowej pracy, tylko jeśli byłyby problemy ze spłatą należności. Bardziej skomplikowane są dwa ostrzejsze przypadki. Jeśli okazuje się na przykład, że ktoś coś ukradł, to powinien ponieść większą konsekwencję, niż tylko zadośćuczynienie materialne. Musi być kara, i to ostra, która jednoznacznie ostrzega przed złym moralnie czynem, wszystkich tych, dla których przyzwoitość jest niczym. Za średnie przestępstwa skazany musi być więziony i utrzymywać zarówno zakład karny w odpowiednim stopniu, jak i siebie, oraz przede wszystkim odpracować z czasem także zadośćuczynienie, zarówno dla poszkodowanych, jak i dla kasy publicznej, za zgorszenie. Nie mógłby on uniknąć tej kary, nawet, jeśli byłby bogaty. Zakłady, które nie radziłby sobie z wydajnością pracy więźniów, upadałyby. Za najcięższe zbrodnie: gwałty, morderstwa czy znęcanie się, skazany musiałby dożywotnio ciężko pracować, bo choć sfera materialna jest tu najmniej ważna, to perspektywa długiego życia i ciężkiej pracy bez perspektyw jest najbardziej odstraszająca. Procent marży dla zakładu karnego musiałby być wyższy, niż w przypadku, np. złodziei, bo potrzebna większa ochrona, a poza tym większość dochodów z pracy, szło by do ofiar, jako zadośćuczynienie za ograniczenia finansowe wynikające z danej tragedii, ale część też do kasy publicznej, jako zadośćuczynienie za zgorszenie. Głównym dochodem zakładów karnych byliby skazani za najgorsze czyny. Zakład karny, korzystając z tego, że skazani za najgorsze przestępstwa pracują w zasadzie bez limitów, nadganiałby takie przypadki, kiedy skazany nie zdążył odpracować zadośćuczynienia dla poszkodowanych lub dla kasy publicznej, bo np. zmarł. Oczywiście sam zakład ogranicza ilość pracy na tyle, aby zachować maksymalną wydajność. Co do doboru zakładów karnych, to sąd, w trosce o swoją opinię, powinien wybrać odpowiedni, opierając się na analizie ich konkurowania na rynku. Każdy skazany powinien też mieć możliwość sugerowania wyboru zakładu, w jakim woli się znaleźć, lecz to sąd miałby ostateczne słowo w tej sprawie. Słabe zakłady karne, gdzie praca więźniów jest sprzedawana mało wydajnie, albo gdzie dochodzi do zabójstw strażników, czy też samobójstw więźniów, będą z czasem upadać, bo albo skazani nie będą chcieli iść do miejsca, gdzie będą musieli pracować o wiele dłużej, gdyż zakład jest mało wydajny, albo sądy nie będą wybierać zakładów, gdzie dochodzi do patologii, bo godziłoby to w ich prestiż. W takim systemie, wszystkie interesy byłyby odwrócone w dobrą stronę. Skazani za średnie przewinienia, mieliby interes, żeby pracować jak najwydajniej, bo w pewnym stopniu skróciłoby to ich wyrok. Skazani za najcięższe przewinienia byliby zaś siłą napędową budżetu firm karnych, więc byliby wyzyskiwani, jednak warto pamiętać, że zakładom zależałoby na ich sprawności, więc nie dochodziłoby do nadużyć. Interes społeczny także byłby spełniony, bo potencjalni chętni do największych przewinień wiedzieliby, że czeka ich legalne wyzyskanie do granic możliwości przez resztę życia.

Skoro teoria została określona, należy podkreślić, że jest ona skuteczna w dwóch podstawowych wyzwaniach, jakie ma przed sobą sądownictwo i karnictwo. Wyzwaniami tymi są odstraszanie od popełniania zbrodni i zadośćuczynienie poszkodowanym. Największym czynnikiem odstraszającym jest to, że w połączeniu z ostrym prawem, dającym długie, w wielu przypadkach dożywotnie wyroki ciężkich robót, każdy potencjalny zbrodniarz miałby świadomość, iż będzie niemal niewolnikiem człowieka, któremu zależy na jego wyzysku, więc ma zagwarantowany najcięższy możliwy los. Nie ma mowy o niańczeniu zbrodniarzy jakimiś resocjalizacjami i innymi formami głaskania po głowie. W przypadku średniej rangi patologii, takich jak kradzieże, każdy musi mieć świadomość, że zarówno perspektywa utrzymywania siebie jak i zakładu karnego nikogo winnego nie ominie, podobnie jak odpracowywanie skradzionego mienia. Mając prawo, gdzie nie skazuje się na więzienie za nieumyślne i lekkie przewinienia, człowiek stawałby się więźniem jedynie na własne życzenie, robiąc uprzednio coś bardzo złego i mając świadomość, jak się to skończy, jeśli zostanie złapany. Priorytet poszkodowanego, czyli wyegzekwowanie należności, też jest na najwyższym poziomie, bo prawo nakazywałoby zakładom karnym wypłatę należności bezpośrednio po przejęciu skazanego po wyroku sądowym, zaś efektywne wykorzystanie potencjału więźnia przy utrzymaniu poziomu moralnego, byłoby płaszczyzną ich konkurencji, dzięki czemu najlepsze utrzymałyby się na rynku.

Kolejną, również ważną zaletą prywatnego sądownictwa i karnictwa byłaby jawność kosztów. W kraju, gdzie przychodzi nam żyć, państwo pobiera rocznie około 2,5-3 miliarda zł na więziennictwo, i około 7-7,5 miliarda zł na sądownictwo, czyli razem około 10 miliardów. Mimo to za wiele usług sądowych trzeba dodatkowo płacić, a jak przychodzi co, do czego i tak trzeba dopłacać za prywatnego prawnika, tak jak jest ze wszystkim innym, pozornie „darmowym”. Łatwo obliczyć, że w przeliczeniu na mieszkańca, wychodzi około 250zł rocznie, czyli około 400zł na pracującego. Ci, którzy nie korzystają z tego typu usług są więc poszkodowani. W przedstawionym tutaj systemie, każdy może korzystać z usług sądowych, bez względu na majętność, o ile rzeczywiście jest niewinny, bo wtedy ma pewność, że wygra proces, więc to skazany pokryje jego koszty. Nie ma więc żadnego powodu, żeby zdecydowana większość ludzi, nie korzystająca z sądów niemal wcale, płaciła bez przerwy haracz na ten cel. Nie ma ku temu żadnych logicznych argumentów.

To nie koniec zalet prywatnych sądów. Sądy w omawianej koncepcji będą zdecydowanie mniej skorumpowane i zdecydowanie bardziej sprawiedliwe. Oczywiście, na pewno wyspecjalizowałyby się sądy, które są trochę bardziej przychylne jakimś grupom, jednak nie jest to wada, bo z pewnością również byłyby sądy, którym zależy na idealnej opinii biednych, gdyż to nie koniecznie powód opłaca koszty pracy sądu, ale przegrany w procesie. Tak więć z uwagi, że większość ludzi zawsze jest relatywnie biedna, byłyby z pewnością sądy, które najlepiej dbają o ich interesy. Dzisiaj, mając tylko sądy państwowe i nie mając innej alternatywy, jesteśmy skazani na indywidualną moralność danego sędziego, co jednak nie zmienia faktu, że ich formalnym sponsorem jest władza publiczna. Bardzo sprzyja to łapówkom, gdyż sędzia nie ryzykuje wiele, w porównaniu do ryzyka, jakie ponosiłby mając konkurencję, która patrzy mu na ręce. Na wolnym rynku, do indywidualnej moralności sędziów dochodzi też interes danej firmy sądowniczej, która dba o prestiż i wiarygodność w oczach klientów. Świetnym przykładem na to, jak działa taki system społecznej kontroli jakości, jest serwis internetowy allegro, gdzie po każdej transakcji kupujący i sprzedający wystawia ocenę. Kiedy dana firma ma np. 100 tys. Ocen, z czego 99,9% pozytywnych, co nie jest takie znów rzadkie, to mamy w zasadzie całkowitą pewność, co do jakości usługi. Sądy państwowe mogą tylko pomarzyć o takiej skuteczności. Co więcej, system ten likwiduje też patologiczność „sądów najwyższych”. Każdy człowiek, wybierałby tylko te sądy, które sam uznaje za jak najlepsze, a wyrok ostateczny, czyli po maksymalnej, dozwolonej ilości odwołań, byłby owocem pracy wielu czołowych sądów.

Ostatnią z ważnych płaszczyzn, jest moralność. Przy sądach publicznych zawsze jest problem, czy nie wyrzucić z kodeksu pozornie błahych zapisów, takich jak możliwość zgłaszania obrazy czy pomówienia. Dzisiaj wiele osób twierdzi, że takie kwestie niepotrzebnie zawalają sądy i zwiększają podatki. W przypadku sądów prywatnych nie musimy iść na kompromisy, a prawo jest szczelne i prędzej będzie za ostre, niż zbyt błahe, nie pozwalając bogatym ludziom pomiatać biedniejszymi. Każdy płaci tylko za swoje winy, a ilość sądów dostosuje się do ilości spraw. Również ilość maruderów w systemie sądów prywatnych byłaby mniejsza. Gdyby ktoś wymyślał absurdy, oskarżając innych bez racjonalnego powodu , skutkiem czego sąd uniewinniałby oskarżanych, to za głupotę płaciłby pozew, więc szybko by mu się znudziło. Wszystko, co jest z podatków, nie jest szanowane. Tak jak w publicznej „służbie zdrowia” są ludzie, którzy praktycznie bez powodu zapychają kolejki, bo nie mają co robić i chodzą co drugi dzień do lekarza, tak samo jest i w innych gałęziach państwowej gospodarki. Jest jeszcze jedna, bardzo etyczna możliwość, którą dają sądy prywatne. W przypadku wyroków za średnie przestępstwa, takie, gdzie skazany ma perspektywę na wyjście z więzienia, byłaby możliwość zamówienia resocjalizacji. Dzisiaj, państwo przymusowo funduje resocjalizację i podatnik płaci za nią zarówno w przypadkach osób, które to szanują, jak i w takich, które tego nie szanują, co stanowi większość. Gdyby skazany wiedział, że może za niewielką, dodatkową ilość pracy otrzymać resocjalizację, to bardziej by ją szanował, a specjaliści od tego zawodu wiedzieliby, jakie tak naprawdę jest zapotrzebowanie na ich usługi. Rzecz jasna prawo musiałoby mówić, że zakład karny musi na życzenie skazanego i jego chęć odpracowania wynagrodzenia, udostępnić mu taką pomoc.

Podsumowując, niniejszy materiał uzasadnił, iż prywatne sądy i firmy karne mają same zalety w stosunku do rozwiązania państwowego. Władza, mając do dyspozycji służby porządku i prawodawstwo, nie traci swojej fundamentalnej funkcji. Posiadanie prawodawstwa nadaje jej legislacyjną wyższość nad samosądem i patologią, a posiadanie służb porządku, znaczną przewagę siłową nad najbogatszymi podmiotami o interesach despotycznych. Sądy i karnictwo mogą więc bez żadnych zastrzeżeń być zwykłym elementem rynku, a kiedy już nim zostaną, da to bardzo wymierne korzyści.